This game has no name. It will never be the same.
RSS
niedziela, 29 stycznia 2017

W piątek wybrałem się z Żoną na film "Sztuka kochania". W zasadzie nie wiedziałem czego spodziewać się po filmie, bo sam temat związany z Michaliną Wisłocką niespecjalnie mnie pociągał. Przede wszystkim dlatego, że jako szczeniak ("wracam kiedyś do szczenięcych lat" jak śpiewała Irena Jarocka) gdzieś i kiedyś przejrzałem książkę, uznając, że nie ma w niej nic specjalnego. Nie było  to na zasadzie, "ale ja jestem mądry, bo mam kilkanaście lat, a tu ktoś pisze rzeczy oczywiste". Wtedy o tym nie wiedziałem, ale zapoznałem się ze sprawami, które były dla mnie podskórnie oczywiste. I temat książki "Sztuka kochania" w zasadzie umarł dla mnie na lata. Po obejrzeniu filmu przyszła refleksja: sprawy nie są oczywiste, są ludzie których wrażliwość/wyobraźnia są wygłuszone i być może dla tych osób przeczytanie książki blisko pół wieku temu stanowiło "odkrycie".

Zostałem przez naturę obdarowany wrażliwością, empatią, temperamentem i tym nadrzędnym odczuciem, że jako biologiczny "samiec" to na mnie spoczywa nadrzędna odpowiedzialność "dania" a nie bezrefleksyjnego "brania". I po filmie tym oczywistym faktem sobie wytłumaczyłem mój obojętny stosunek do książki. Z drugiej strony zainteresowałem się życiem Wisłockiej i w kilku przeczytanych artykułach "odbrązowiłem" sobie jej obraz jako "nobliwej" pani a zwłaszcza matki... Z drugiej strony to trochę smutne, że na bazie filmu zdecydowana większość nakreśli sobie obraz człowieka. Diabeł zwykle tkwi w szczegółach...

22:55, ernest_pinch
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 grudnia 2016

...w hotelu Marine w Kołobrzegu spędziłem rodzinnie czas. Yosa kiedyś stwierdził: "zabierz symbole, a wiara w narodzie upadnie".  I myślę, że to bardzo trafne spostrzeżenie. Ja nie należę do tych "symbolistów" co to muszą krzątać się w obejściu domu, przeżuwać-przeżywać itd. Więc chociaż dom został pod opieką "monitoringu", to wszystko inne było zacne i godne ;-) Wyżywienie, wielkość dwupoziomowego pokoju, atmosfera itd. - 1 klasa. Być może niektórym przeszkadzałaby obecność Niemców, ale akurat to, że ktoś zamiast opłatka woli np. kielich wina, to test na tolerancję. W końcu i tradycja choinki przywędrowała od Niemców, ale pewnie większość tych do cna przesiąkniętych głupawo pojmowaną polskością uznaje, że to może od czasów IX wieku tradycja słowiańska ;-) Symbole, fasadowa "wiara"... a czy jest w tym refleksja: skoro co rok jest taki czas, to pomimo szablonowego słownictwa na ustach, w elektronicznym przekazie, to ile dobra pozostało w środku... Obawiam się, że to czas gdy wielu "zresetuje" sobie bezrefleksyjnie licznik. Zresztą całkiem możliwe, że w pokrętnej ludzkiej psychice to akurat jest regułą. :-)

18:34, ernest_pinch
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 grudnia 2016

Po zamontowaniu karmnika, przybywają "klienci" - czasami 5 jednocześnie potrafi wszczynać rwetes. Ale ogólnie towarzystwo jest wesołe i co najważniejsze nie "napaskudzi" ;)

 

21:13, ernest_pinch
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2016

W poniedziałek zjawiłem się w Krakowie na 3-godzinnym szkoleniu. Było to o tyle nietypowe, że dotychczasowe szkolenia odbywałem w W-wie. Temat krótki, więc umyśliłem wyruszyć rano, załatwić sprawę i wrócić. Co prawda jako typowy szyderca uznałem, że nic ciekawego się nie dowiem, ale raz że spotkanie było obowiązkowe, a dwa czasami warto wysłuchać czegoś co wydaje się znajome, a przez to nudne, ale w którymś momencie pojawi się coś, dlaczego było w_a_r_t_o. I faktycznie, wydobyłem kilka ciekawych informacji. Co ciekawe przysiadł się do mnie jakiś kolo mówiąc, że już wcześniej się spotykaliśmy. Faktycznie jego twarz wydała mi się znajoma, ale nie mogłem sobie przypomnieć w jakich okolicznościach bywaliśmy. Porównując instytucję mazowiecką z małopolską muszę stwierdzić, że ta druga zrobiła na mnie lepsze wrażenie, co oczywiście jest wyjątkowo subiektywnym odczuciem. Bywają wszak spotkania, gdzie można zobaczyć np. jakiegoś obleśnego typa, a później wraz z upływem czasu kojarzyć spotkanie przez pryzmat tego właśnie niecodziennego "zjawiska". Na spotkaniu w gronie zaproszonych osób była znikoma ilość tzw. "dziadków leśnych" dzięki temu rozmowy były dość rzeczowe i pozbawione marudzenia. W związku z tym warunek "bywają wszak spotkania..." odpada i te spotkanie zapamiętam dobrze.

Dodatkowe kwestie związane są z podróżą. Bez żadnego pośpiechu dotarłem do Krk w niecałe 4 godziny. To, że autostrada, że omija się Łódź przynosi duży uzysk czasowy. Ileż to razy w "dawnych" czasach przebijałem się przez Łódź tracąc z 3 kwadranse. I wreszcie przetestowałem słuchania audiobookow w czasie jazdy. Zaopatrzyłem się w dwa - "Opowieści z piwiarni" oraz "Buszujący w zbożu". Opowieści Haska początkowo wydawały mi się niezbyt wciągające - ale z każdą kolejną gdy pojawiła się refleksja, wciągnąłem się. Refleksja, że pomimo upływu czasu natura ludzka się nie zmienia - banda polityków to zwykła kasta głupio-cwanych ludków. To nie chodzi o to, że coś nagle się odkrywa. Po prostu zyskuje się kolejny dowód na niezmienność pewnych zachowań. Z "Opowieściami" był jednak pewien problem natury technicznej - na drodze czasami się "dzieje", czasami aplikacja informuje o zagrożeniach. W takich chwilach nie absorbowałem słuchowiska. Byłem zmuszony cofać odtwarzanie, co jest swego rodzaju "upierdliwością". A poza tym opowieści to nowe opowiadanie - nowi bohaterowie, nowe wątki, bohaterowie itd. W powrotnej drodze po zakończeniu odsłuchiwania dzieła Haska, wziąłem się za Salingera. Tu absorbowanie treści szło znacznie łatwiej - fabuła, narracja miały jednolity trzon. I jaka to ulga, gdy nie trzeba słuchać stacji radiowych w których zwykle lecą częste reklamy dla przygłupów. Tak, udałem się na medialną automobilową emigrację wewnętrzną i dzięki niej zyskałem spokój za "fajerą" w podróżach :-) I pomyśleć, że kwestia "doskoczenia" do Gdańska/Wrocławia/Krakowa to nie problem techniczny, a tylko kwestia chęci i czasu. W czasach mego dzieciństwa, wydawało się to mrzonką.

16:54, ernest_pinch
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 listopada 2016

Pogoda nie sprzyja póki co rowerowym rejzom, ale czasami uda się wyskoczyć w teren z kolegami. Inaczej człowiek zupełnie "zdziadziałby" rowerowo. Niedostatki rowerowych wycieczek staram sobie rekompensować wizytami na basenie. 

Lasy kryją wiele tajemnic, często skrywanych przed okiem postronnego "gapia", a czasami znajdują się w nich pomniki tajemnic - świadkowie historii. Jeden z takich pomników napotkałem podczas rowerowej rundki. Ślad bestialskiego rozstrzelania w leśnej głuszy 47 Polaków przez Niemców. Możliwe, że bardziej poprawnie politycznie byłoby napisać "przez hitlerowców", ale wtedy zamiast 47 Polaków, musiałbym użyć zamiennika nie określającego narodowości. 47 kogo? "niehitlerowców"? Bzdura. Sprawy trzeba nazywać po imieniu. Zbiegło się to zresztą w czasie gdy niedawno zwiedzając po raz kolejny Zamek Królewski w czasie prezentacji multimedialnej dotarło do mnie co Niemcy z nim zrobili. Czy  w obliczu przegranej i faktu, że za chwilę Rosjanie zajmą Warszawę, wysadzenie ruin historii uznaje jakieś uzasadnienie? Żadnego, to było bestialstwo. Nie chodzi o to, że uderzam w jakieś fałszywe patriotyczne tony. Wojna wyzwoliła demony.Mordowano z różnych pobudek. 

Oglądając film "Wołyń" doznałem wrażenia, że ten film w dobry sposób pokazuje trudne relacje sąsiedzkie. Bieda, nędza, ciemnota wyzwala najgorsze instynkty, jakkolwiek nic nie tłumaczy okrucieństwa. 

22:51, ernest_pinch
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 września 2016

Kilka dni temu wraz z moim przyjacielem któremu pomagam w uzyskaniu stopnia naukowego zjawiłem się w Politechnice Poznańskiej. Wizyta była bardzo udana, a przyjęcie nas na najwyższym poziomie i oprócz nawiązania bardzo obiecujących kontaktów dostarczyła mi ciekawych obserwacji. Ale gdy stanąłem przed budynkiem pewnego wydziału, przypomniałem sobie, że to właśnie 25 lat temu będąc abiturientem, pojawiłem się w tym miejscu na kilka dni u mego brata ciotecznego który w tym czasie kończył studia. Jak to wtedy określił, studia to "przedłużenie młodości" :) Tych kilka dni było tam bardzo fajnych i chociaż byłem już przyjęty na studia na kierunku automatyka i robotyka na innej uczelni, to postanowiłem zmienić miejsce studiów. I w zasadzie wylądowałbym w Poznaniu, ale ślepy los zechciał, że poznałem pierwszą żonę i mój pomysł zarzuciłem. Pełen naiwności, którą dziś nazwałbym głupotą, obciążony brakiem jakiejkolwiek refleksji, to  spowodowało, że moje życie prywatne potoczyło się zupełnie innymi torami. Straciłem ileś lat życia w niepotrzebnym związku. I moja refleksja przed budynkiem nie była podyktowana próbą szukania usprawiedliwienia, bo i nie ma czego usprawiedliwiać. Błędy życia mają to do siebie, że można je ocenić dopiero z perspektywy czasu. Różnice osobowościowe zaczynają stukać i można albo się temu poddać, będąc tylko atrapą własnego "ja", albo zmienić, co oczywiście wystawia na wielki koszt zmian. Nie żałuję zarzuconego pomysłu studiów w PP. Dana mi była zmiana i prawdziwa miłość. A reszta to tylko dodatek.

23:23, ernest_pinch
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 września 2016

Kilka dni temu musiałem wybrać się do Pragi w ramach pewnej cyklicznej imprezy.Rozważając różne opcje, ostatecznie zdecydowałem się na podróż samochodem. Z tego co pamiętam, co najmniej dwa razy dojeżdżałem tam w ten sposób, ale czym człowiek starszy, tym bardziej ceni sobie wygodę - niech ktoś mnie zawiezie, a ja będę sobie np. spał. Ba, skoro człowiek nie "dorobił" się osobistego drajwera trzeba pomykać samemu. ;-) Gdy wyskoczyłem z mego grajdołka z wielkim ukontentowaniem stwierdziłem, że do Wrocławia to niespełna 2,5 godziny. Ominięcie Łodzi, tudzież różnych innych grajdołków robi swoje; turbo diesel połyka drogę ;-) Infrastruktura drogowa budzi szacunek - Polska wykonała wielki postęp i tylko totalny ignorant nie mający pojęcia jak było dawniej może grymasić. Jeśli w powrotnej drodze bez specjalnego spinania się 620 km można połknąć w niespełna 6 i pół godziny, to przemawia do wyobraźni - np. zabierz rodzinę i skocz na weekend do Wrocławia/Pragi ;-)

Pewien polityk wypowiedział się kiedyś, że "państwo istnieje tylko teoretycznie". Dla mnie była to rzetelna ocena sytuacji. Bo i o co się obrażać? Że ktoś nazwał rzeczy po imieniu? Państwo to ogólnie pewien byt "wirtualny" uzależniony od polityki.Gdyby tak nie było, do dziś istniałyby pierwsze państwa, rządzili np. faraonowie, rząd kacyków itp. itd. To co mamy to zbitka pewnych nastrojów społecznych, pewna "teoria" kreatorów polityki. No i tak będąc sobie w strukturach państwa jako ekspert w różnych instytucjach kilka dni temu otrzymałem maila w którym poinformowano mnie, że jeśli nie złożę oświadczenia, że nie mam firmy piszącej wnioski, tudzież nie uczestniczę w przygotowaniu takich wniosków to będę wykreślony z bazy. Oczywiście oświadczenie złożyłem, wyjątkową bezczelnością i brakiem jakiejkolwiek etyki byłoby wykorzystywanie pewnej wiedzy. Ale nasuwa się pytanie - czy to co było oczywiste, instytucje państwowe musiały odkryć dopiero teraz? Państwo istniało, istnieje i będzie istniało tylko teoretycznie. 

22:42, ernest_pinch
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 sierpnia 2016

Po powrocie 6 lat temu z NY zacząłem się interesować losami pradziadka. Poczyniłem wtedy pierwsze kroki, co przedstawia ta notka. W międzyczasie ustaliłem to i owo, dzięki Romanowi zagłębiłem się też w lokalnym archiwum odnajdując wiadomości sprzed ponad stu lat o ślubie Paula, dane świadków itd. Trop amerykańskich archiwów pozostawiłem nieco osierocony. Aż do wczoraj. Po meczu Polaków, o godzinie 3, wróciłem znów do poszukiwań.Przedziwnym zbiegiem okoliczności uzyskałem pełny dostęp do interesujących mnie baz. I tym samym szybko znalazłem akt zgonu Paula z 1951 r. Zmarł w wieku 67 lat na niewydolność krążeniową i wiem na którym cmentarzu w Filadelfii został pochowany. Potwierdziło mi się również, że nie założył nowej rodziny. Tylko dlaczego został "skazany" na zapomnienie? Jego żona zabrała tajemnicę do grobu. Czy szukał kontaktu? Co się działo, że nie próbował wrócić. W 39 r. jego syn, brat mego dziadka zginął pod Mławą. Po wojnie przecież miał już wnuka - mego Tatę. 38 lat żył w Stanach, emigrując przed I wojną światową. Prędzej czy później wyciągnę Jego pamięć zza grobu... 

22:02, ernest_pinch
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 czerwca 2016

Niespełna miesiąc temu na na rynnie nad balkonem zauważyłem gniazdo. Przypuszczałem, że to sprawa gołębi. Ptaków, których nie cierpię z racji na ich umiejętność brudzenia. Usunąłem gniazdo, by nad ranem ze zdumieniem zobaczyć, że pojawiło się nowe. Uświadomiłem sobie, że gołębie wszak nie potrafią budować zgrabnych gniazd, więc za tym kryje się inny gatunek. Dość szybko okazało się, że nowi nadbalkonowi lokatorzy to parka kosów.

Samczyk:

Samiczka:

 Pod nieobecność w gnieździe, przystawiłem lusterko i stwierdziłem, że są 4 jajka. Samiczka troskliwie siedziała na jajkach, a nasza obecność na balkonie jej zupełnie nie przeszkadzała. Po pewnym czasie, dało się zauważyć 3 łebki ;-)

Młode wykluły się, a od rana do wieczora oboje rodzice kursowali z prowiantem. Towarzystwo miało non stop zadarte w górę dzióbki, czekając na konsumpcję. Wieczorem zaś samiczka pacyfikowała je, nakrywając sobą. Z każdym dniem rosły...

Dość szybko okazało się, że przybierają na masie i robią się coraz ładniejsze. (pierwsze obserwacje nagich, ślepych piskląt nie skłaniają do pozytywnej  oceny hehe)

Nadszedł dzień gdy obserwowaliśmy jak podskakują na skraj gniazda i się cofają. Zrozumiałem, że przychodzi czas na opuszczenie gniazda. I pewnego dnia, Żona zaalarmowała mnie, że jedno z piskląt wyskoczyło na balkon. Początkowo miałem plan, żeby go złapać i włożyć z powrotem, ale malec zeskoczył na taras, a później coraz pewniej skacząc zniknął w krzewach. Po kilkunastu minutach akcję powtórzył drugi ptaszek - widać było, że wyskoczenie z gniazda stanowi stres. Szybciej bije serce, ale zew natury woła na kolejny etap życia. W gnieździe został tylko jeden. Podjął dwie próby wyskoczenia, ale nieporadnie obsuwając się z gniazda machał skrzydełkami i wracał z powrotem. Przyleciał wtedy samiec - napasł młodego, który uspokoił się i po mistrzowsku pomijając etap balkonu wylądował na tarasie. Wszyscy obserwowaliśmy jak pisklak chwilę odpoczywa, po czym zeskakując po schodach rusza w kierunku krzewów. Parę razy udało mi się dostrzec pisklęta, które rozdzieliły się, ale pozostały pod opieką swoich rodziców, które zgodnie z literaturą przedmiotu je dokarmiają. Wczoraj przebudziłem się, myśląc że gdzieś włączył się alarm. Jednostajne "tiu, tiu" wbijało się w uszy. Zobaczyłem, że na trawie jest rudy kocur, a dorosłe kosy swoim krzykiem próbują odwrócić jego uwagę. Wypłoszyłem intruza, kosy przeleciały za nim, z czasem uspokajając się. Dziś natomiast widziałem jedno z piskląt jak podfruwało na krzak. Myślę, że cała trójka wchodzi w etap młodości i za jakiś czas ruszy na nowe terytorium... 

23:38, ernest_pinch
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 maja 2016

Po kupnie nowego roweru dla Młodego, przez tydzień ruszałem z nim codziennie na 7 km wieczorne odcinki po miejskich ścieżkach. Jednocześnie wspomniałem, że musi pobić swój rekord jak był 6 latkiem i przejechał 12 km. Tym sposobem planowałem jakąś całodzienną wycieczkę na 24 km, ale później zweryfikowałem swe zamierzenia. Trasa obejmowała podjazdy dość męczące dla 8letniego kajtka, więc obmyśliłem, że będzie to 17 km m.in. w terenie. Myślałem, że będzie szło ślamazarnie, z odpoczynkami itd. Okazało się, że "zawodnik" dość łatwo ogarnął temat w jakieś 2 godziny i z pewnością będę mógł podnieść poprzeczkę wyżej. W ten oto sposób wyrósł mi kompan na rowerowe wypady. 

00:40, ernest_pinch
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37
Archiwum
Zakładki:
statystyka