|
wtorek, 09 lutego 2010
Jest zima i ogólnie co za tym idzie, oprócz jej plusów, są też "plusy ujemne" jak np. konieczność zwiększonej ilości odzieży, większy nakład energii na pokonywanie pieszej trasy itd. To wszystko męczy, a człowiek musi uzupełniać swoje pokłady energii ;-) I w tym momencie wielką karierę w naszym biurze zrobił barszcz czerwony, typu instant. Czyli np. wracasz zmęczony z terenu z policzkami rumianymi niczym bojownik z plakatu o wolność i demokrację, uzyskujesz wrzątek, sięgasz po magiczną torebkę z zawartością barszczu czerwonego i po chwili oddajesz się czynności spożywania. ;) A, że obaj rezydenci pomieszczenia stali się miłosnikami spożywania barszczyku czerwonego, typu instant, znaczne jego ilości zostają "przerabiane". Zapasy uzupełnialismy w pobliskim sklepiku osiedlowym. W takim sklepiku, o którym piewcy fałszywej polskości i róznej maści przeciwnicy wszelkiego postępu twierdzą, że to ratunek dla kraju, że rodzime firmy itp brednie... We wspomnianym sklepiku paczka kosztowała 1.75 zł. Wiarę w tego typu sklepiki utraciłem kilka lat temu, gdy zobaczylem, że chetnie handluje się tam przeterminowanym towarem, nie spelnia warunkow sensownego przetrzymywania towaru itd. Ale sklepik w poblizu miejscu pracy z barszczykiem czerwonym, typu instant wydawał się inny. Dwie panie, zawsze marznące z racji oszczędzania na ogrzewaniu wydawały się wzorem oszczędności ;) Z dużym zdumieniem odkrylem, po informacji uzyskanej od K., że w pewnym spożywczym sklepie klasy 'Biedronka" wspomniany towar chodzi po 1.33 zł. Czyż to nie poprawia humoru? Idziesz, kupujesz 10 sztuk po 1.33 ze świadomościa, że już dalej nikt nie orżnie na barszczu, sprzedawanym po 1.75! i w zasadzie byłoby wszystko dobrze, gdyby nie kolejna informacja K., że natrafiła w sklepie klasy "Piotr i Paweł" na wspomniany towar po 0.99 zł. Można z tego wysnuć kilka wniosków, z których najwyzej cenię te: - pierwsza informacja o spadku ceny zakupowanego towaru ma wieksze znaczenie psychologiczne, niż kolejna; -sklepiki osiedlowe są ostoja polskości w tej głupio-mądrej formie. Pozostałych wniosków już nie dopiszę, bo przywoluje mnie zapach owej zacnej zupy, której cena stała się papierkiem lakmusowym "polskości" ;-)))
niedziela, 31 stycznia 2010
30 lat stuknęło Robsonowi von Hydrogen. A to oznacza, że z tej okazji dokonaliśmy hucznych obchodów urodzin Kolegi. Z racji 3 uczestników, którzy nie z pewnych względów nie mogli spożywać trunków, grono biesiadników dysponowało 3 autami. A to już znaczna ilość miejsc w samochodzie do przemieszczenia się. W jednym z lokali spotkalismy pewnego dobrze znajomego vip'a, ucztującego ze swymi "murzikami". Kiedyś Jasienica napisał, że "przyjaźń" Karola XII i Stanisława Leszczyńskiego potwierdza, że w historii ludzi też obowiązuje prawo fizyki o przyciaganiu się różnoimiennych ładunków. Patrząc na wspomniane grono, też mozna odniesc takie wrazenie. Oto "mentor" o grupy - prostacki, grubiański, człowiek rodem z komiksu o złośliwych leśnych skrzatach. I co najmniej dwóch znanych mi murzików - logiczne rozumowanie i ciepła wypowiedź. Jasienica mylił się jednak. To nie różnoimienne ładunki przyciągają się. To kesz ich wszystkich przyciaga. A że zwykle, ten który robi za buca - ma popęd na kesz, to i ci "grzeczniejsi" w jego ogonie przebijają się po "dutki" :D Równie hucznie minęły imieniny Mamy, ale tu w wersji "senior" ;-) I zabrzmi to jak banał, ale wódka Finlandia jest nie do pobicia w walorach smakowo-skutkowych. Mam swój prywatny ranking, ranking smakoszo-konesera ;-) I nie chcę go szerzej dyskutować, bo to kwestia indywidualnych upodobań. K-prezes opowiadał np. jak to kiedyś przyjechał w interesach pewien Fin, człowiek który wódkę pił szklankami. A w Polsce upodobał sobie wódkę "lodową", która wg zeznań niektórych miała smak karbidu. Podobnież nieszczęśnik zapił się już na śmierć, ale co wypił to jego. Niech mu ziemia wódką będzie... :-) W pracy znów mieliśmy styczność z sytuacjami rodem z komiksu. Tyczyło się to pewnego wniosku - wpierw okazało się, że z Yoszką jeździmy od gmachu do gmachu: bo tu nie tak, a tu owak, a tam na wspak. W któryms momencie doznałem tego magicznego uczucia, że śnię jakiś sen, sen pełen absurdów. A to tylko prozaiczna, uczelniana rzeczywistość. Później naszła mnie chęć na zamordowanie pewnej kobity. Bo gdy pojawilismy się u niej, pod nosem stwierdziła: no jak się czeka na ostatnia chwilę... Dobrze że nie miałem przy sobie spluwy, bo jak słowo daję, odstrzeliłbym nierozumną łepetynę przy samej... Najlepsze czekało na sam koniec. Yosa pozaklepywał wszystkie transporty do stolicy, poumawiał ludzi celem dostarczenia papierów i została do wykonania ostatnia czynność. Przenieść papiery z jednego budynku do drugiego. Odpowiedzialna za to jest pewna paniusia, która już raz spartoliła mi pewną sprawę, ale później to "odpracowała" postawą godną szacunku. I paniusia pyta Yosę przez telefon : a czy pan włożył dokumenty do papierowej wiązanej teczki? - Nie, są w kopercie. -Proszę pana, ale ja nie mam wiązanych papierowych teczek...I jest problem! Babsztyl nie ma papierowych teczek, bo jej się przydział skończył i ma wymówkę, coby nie ruszać leniwego tyłka zza biurka. I co? Jak to skomentować? Nie wiem, może następnym razem trzeba zadzwonić do jakiejś warszawskiej korporacji taksówkarskiej i zamówić dostarczenie: papierowej teczki i np flaszki spirytusu (no przeciez jest mróz a babsztyl przez drogę 100m może zamarznąć). Sobota zaś upłynęła "religijnie". Pojawił się na kolędzie ksiądz - sympatyczny, rozmowny. Posiedział trochę i na koniec się zgadało, że może ubije pewien interes. W sumie sobota to było tematyczne przedłużenie piątku, w który spotkaliśmy się z K-prezesem debatując wieczorem zawzięcie nad pojęciami wiary. Dyskusja gorąca, ale co należy podkreślić - z poszanowaniem własnych stanowisk. Kołtuneria religijna i polityczna jest od takiej postawy daleka. Szczęść Boże ludziom dobrej woli! :-)
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Wczoraj byliśmy w warszawskim teatrze lalek. Była to moja pierwsza wizyta w Warszawie w tym roku. Mokotowskie uliczki zasypane, wiszące sople z budynków to z miejsca zarejestrowałem. Jakkolwiek droga była bardzo dobra i szybko minęła. Sztuka była dla dzieci od lat trzech, ale zgodnie przedyskutowalismy, że nie była "skrojona" pod maluchów. Dominujący kolor bieli, często gasnące światło... W każdym razie Rzesław dzielnie wytrzymał. Widziałem kilka znajomych osób, z których najważniejszą był Goldfinger. To bardza ciekawa postać, o której może kiedyś napiszę.
środa, 13 stycznia 2010
niedziela, 10 stycznia 2010
Jest taka pewna etiudka odnośnie "przeklinania" i zimy...
Ostatni weekend to po raz kolejny Sea Towers, z którego może jutro wkleję pocztówkę. W Gdyni było spokojnie "pogodowo". Tylko odpryski w tv które docierały do nas wiały "grozą". Tu zasypało, tam awaria, i tak dalej. I naszła mnie taka konkluzja - kataklizm to był w 1979 roku gdy byłem pacholęciem. A teraz jest normalna zima. Od której media odwykły przez ostatnie kilka lat, bo coś musi się dziać. Nie po to włącza się np. TVN24 żeby zobaczyć napis "nic interesującego się nie dzieje, możesz przełączyć stację". Więc stoi podniecona pani przy zakopiance czy innej gierkówce i melduje że ruch duży i w słowach prostych, niewyszukanych, w wyjątkowo kiepskim stylu nakręca atmosferę, motyla noga. Oto zapis powrotu z Gdyni do mojego "grajdołka". "Parametry" drogowe nie są zatrważające :-) Fakt - kunszt kierowcy, kurcze pióro :-)
sobota, 02 stycznia 2010
Różne ważne sprawy toczą się niczym kamienie po zboczu życia. Osuwamy się w czasie ku granicy, gdzie jest meta z napisem finisz. I choćby cię rzuciło w niszę, podskocz i dalej tocz się swoim rytmem - myślę że to całkiem zgrabnie ujęta dewiza. Tylu rzeczy nie zdążyłem opisać. Nie zdążyłem z różnych powodów, a zapewne warte są wspomnienia. Ale trudno. W każdym razie warto odnotować rocznicę Rodziców, Wigilię, Święta. Warto mieć świadomość obecności wielu wartościowych Osób, których obecność dodaje wiatru w żagle. Nie chodzi tu o wielkie sprawy, o to że dana Osoba ma robić jakieś cuda na kiju - ważna jest ich obecność - dająca miłość, przyjaźń, nadzieję. Dobrze jest mieć Załogę. Załogę z którą człowiek żegluje po Oceanie Życia. Na taką Załogę złoży się i Osoba, którą w imię miłości zabierze się na wspólną tratwę ratunkową wzburzonego Oceanu i Przyjaciel, który na nabrzeżu zapali latarnię dając znać - czuwam. I mógłbym tu dawać wiele innych przykładów... Zacząłem tytuł pocztówkowo, więc niech będzie coś z pocztówek. Widok z okna apartamentu w którym byłem "zaszyty po świętach" dzięki Osobie z którą żegluję... A tu już "droga hotelowa", uchwycona aparatem komórkowym.
I wreszcie widok sceny na której odbyła się część taneczna balu sylwestrowego z pięcioosobowym zespołem (Solistka poszła akurat widocznie na poprawę makijażu)
Te zdjęcia stanowią pewną "przenośnię"... A od pomysłu Czytelnika należy jej interpretacja :-)))
piątek, 11 grudnia 2009
Ponieważ niektórzy na swoich blogach zamieszczają linki do różnej muzycznej twórczości, to i ja " zapnę" link. :D
niedziela, 06 grudnia 2009
Przebywamy aktualnie w gdyńskich Sea Towers. Bardzo ciekawy obiekt. Jego ogólny rys jest przedstawiony tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Sea_Towers Wrzucę swoje zdjęcia, bo doprawdy widok z 21 piętra na morze jest imponujący. Tak wygląda pokój główny - przytulnie, sympatycznie, nastrojowo.
A to już widok z okna z dwoma charakterystycznymi jednostkami pływającymi:
Rozstawiona jest też scena, bo TVP2 firmuje tu dziś pewną imprezę i zjechały się różne gwiazdy. Gdy przed południem poszlismy na spacer zbierała się kolumna przeróznych motocykli i quadów z jeźdźcami przebranymi za Mikołajów (częstokroć ze śnieżynkami za sobą). Wyglądało to bardzo sympatycznie - różne przebrania i ten fason polegający na podkręceniu obrotów silnika na zakręcie, coby gapie podziwiali :-) No i pierwszy raz doświadczyłem sytuacji, gdy za oknem trwa jakieś wydarzenie artystyczne, a ja moge je obserwować w telewizorni. Trochę to podobne pod względem odczuć, do ubiegłorocznego pobytu w Atenach, gdy z dachu-basenu hotelu Divani podczas trwającego bankietu mozna było obserwować miasto nocą...
wtorek, 01 grudnia 2009
Miałem tyle do napisania, że aż się zacząłem bać tu zaglądać ;-) Na razie z braku czasu ograniczę się do krótkiej notki. Może resztę nadrobię w gdyńskim Sea Towers, a może i nie. Czas pokaże :) Jakiś czas temu Yosa opowiadał mi, jak go naszła chęć na piwo pewnego rodzaju. W tym celu wziął dwie butle po 0.75l które pamiętały nasze odwiedziny w kultowej już dla mnie praskiej knajpie przy zbiegu ulic Jecna/Lipova. I Yosa zjawił się w pewnej knajpie, celem nabycia piwa. Kelner przy nalewaku zobaczył pojemności butelek i stwierdził "a, to będzie dwa i pół piwa" (licząc piwo jako 0.5l). Ostatecznie nabił na rachunku 4 piwa. Gdy Yosa to spostrzegł, zwrócił uwagę, że kolo źle obliczył. Kelner drapał się po łepetynie i ostatecznie poprosil swoją koleżankę celem obliczenia ile dwie butelki po 0.75 litra stanowią półlitrowych piw. Po dłuższej analizie oboje wpadli na prawidłowy wynik = 3. Chciałoby się wtedy zakrzyknąć: brawo! wygrali państwo bezprzewodowy czajnik, pani Asiu proszę sprawdzić jakie kolory mamy dostępne w magazynie... Oto efekty marginalizowania matematyki. Efekt tego, że zdarzali się politycy chwalący się nieznajomością matematyki - "popatrz, miałem cwaje z matematyki w szkole, a jestem posłem... " Druga historia odnośnie bycia matołem. (Bo to, że ktoś nie potrafi wykonać działań 0,75+0,75=1,5; 1,5:0,5=3 pracując na stanowisku wymagającym oswojenia z jako takim "rachowaniem" , jest matołem uważam za niepodważalne.) Oczywiście, ktoś może się przyczepić, że ponieważ ja np robię błędy w tekście, bądź piszę chaotycznie to też jestem matołem. hehe, ale raz że nie zarobkuję pisaniem, dwa pewne rzeczy robię świadomie... Odnosząc to do kelnera - może się mu zdarzyć na zapleczu mieć rozpięty rozporek, ale nabijać na kasę to trza "umić". ;-) Gdybym prowadził knajpę, każdy pracownik w ramach otrzymania premii musiałby przeczytać "Zaklęte rewiry" Worcela i dokonać analizy postawy chociażby Fornalskiego. Chociaż jak to piszę, widzę gęby trzech pewnych "uczonych" którzy na słowo "analiza" reagują stwierdzeniem: "analizy to w chemii". ;) A teraz druga historia. Kilka lat temu zebrałem grupę studentów celem odczytania proponowanych przeze mnie ocen. I gdy przy nazwisku pewnej dziewczyny przeczytałem "trzy i pół", nim zdążyłem usłyszeć czy ocena jest aprobowana czy ulegnie negocjacjom, odezwał się koleżka owej dziewczyny na cały głos po wyczytanym nazwisku wypowiadając: największy matoł na roku... Uniosłem głowę szukając zuchwalca, celem szepnięcia mu na uszko aby swoje uwagi zachował dla siebie i w tym momencie zobaczyłem roześmiane, rozanielone dziewczę, zadowolone z takiego obrotu sprawy. Co tam, że tak negatywnie ją kolega "przedstawił", wszak ważne, że jest w centrum uwagi. hehe. Wpisałem ocenę, oddałem indeks i rzekłem: prze... przepraszam, jeżeli pani zawyżyłem.... :D
poniedziałek, 16 listopada 2009
Minęły trzy lata jak starałem się pomóc pewnej osobie w problemach. Przejąłem się wtedy, a zapis rozmów posiadam do tej pory. Cholerna empatia. Było to wszystko mieć w nosie. Dziś, z perspektywy czasu, widzę że pomoc była zbędna. Za dobro odpłacono złem. W wolnej chwili spłodzę opowiadanie na ten temat i mam już do niego tytuł: po pierwsze nie wpierd...j się ;-))) Każda sytuacja niesie pewną lekcję z której należy wyciągnąć wniosek. I ja wyciągnąłem kilka wniosków. Nikt postronny nie będzie próbował mi mieszać w życiu, a tym bardziej najbliższym mi osobom. Wiem, że czytasz tego bloga. Statystyki mówią o tym dobitnie. I wiem, że nie odpuścisz czytania. To dobrze, w którymś momencie będzie to wyrzutem sumienia. Oczywiście wiem, że życzysz mi jak najgorzej. Coś w stylu żeby mnie jakaś choroba zdmuchnęła z powierzchni. Tylko, że nie ty o tym decydujesz. Amen.
środa, 11 listopada 2009
W ubiegłym tygodniu hucznie obchodziliśmy 176 urodziny Nobla. ;-) Oczywiście pod tym terminem kryją się urodziny Yosy, które zbiegają się z dniem i miesiącem Alfreda. Każdy z nas jest w sumie swego rodzaju wynalazcą; czasami rzeczy praktycznych, teorii wydumanych, bądź medialnie nośnych odkryć. Kilka dni temu P. pokazywał mi @-mail od gościa z lubelskiego, który napisał do niego, że jest racjonalizatorem i prosi o konsultację w sprawie stosowanej mechaniki płynów. Bo gość szedł sobie i wymyślił, że w oceanie można wybudować takie ustrojstwo w kształcie menzurki z kielichem długie na kilka tysięcy metrów, które zastosuje się w elektrowniach. hehe Na świecie pełno jest różnych oszołomów, którzy swoje pomysły traktują jako dogmaty. Ale w tym przypadku, skoro gość myśli i szuka konfrontacji swych pomysłów to bardzo dobrze. Znaczy się w narodzie nadal tkwi gen "zrobienia cudów na kiju". I dobrze. A dziś obejrzeliśmy film "2012". Nie będę pisał mojej recenzji, bo zawsze traktuję tego rodzaju wydarzenie, jako indywidualne w ocenie. W każdym razie warto było popatrzeć. I na koniec mnie naszła myśl, że prof. Wolszczan, który kiedyś stwierdził, że być może na kolejne odkrycia i poszerzenie krańców poznania powinniśmy zmienić cały nasz obecny system odniesienia, miał cholerne wyczucie. Może już większość w obecnych regułach gry osiągnięto, a żeby przejść na inny poziom rozwoju trzeba użyć innych narzędzi. To oczywiście nie stanie się za życia kolejnych pokoleń, bo np ropy naftowej wydobywanej z łupków bitumicznych starczy na przeszło 200 lat, ale szukać nowych narzędzi trzeba. Obecny rozwój świata to skostniała struktura, z niewydolną ekonomią.
wtorek, 03 listopada 2009
Odnalazłem bajkę z dzieciństwa o jeżyku z kultowym zwrotem "to futerko jest Link, który podaję obejmuje wersję w języku rosyjskim lecz sądzę, że Czytelnicy w przedziale wiekowym 35-40 przypomną sobie powiew dzieciństwa ;-) O ileż to inna bajka niz te współczesne, gdzie bandy monstrualnych potwórków uganiają się za sobą, mordują i emanują irracjonalizmem. Nie wiem, czy wyobraźnia twórców i postęp techniki poszedł w kierunku eksploracji bzdurnego pola, czy to metoda ogłupiania. A może to po prostu inne czasy...
czwartek, 29 października 2009
Skrobnę słówko, przy czym nie będzie to słowo niosące jakiekolwiek mądrości życiowe, bądź sensacyjne relacje w stylu w Wiśle widziano krokodyla spółkującego z hipopotamem, a pani Lusia ma serce rozdarte, bo pan Jasio jej unika. Życie podlega pewnym prawidłom, które rodzaj ludzki próbuje definiować i im hołduje, ale nijak to nie przystaje do losów. Ubiegły tydzień był dość "cieżki" pod pewnymi względami, ale ponieważ dotyczy spraw tajemnych psychiki, a oprócz miłych Czytelników zaglądają tu różne złośliwe i podłe persony, więc przemilczę :-) Prezes zmienił siedzibę i gdy w środe patrzyłem na panoramę miasta z jego gabinetu, doznałem pewnego uczucia z dzieciństwa implikowanego pewnym serialem. Widocznie uczucia, nałozone na wspomnienia zapisują się w czymś co stanowi "archiwum człowieka" i stamtąd czasami wypadają niczym segregator z zakurzonej półki. Takie wpomnienia lubią też deformować się w snach. Pisałem już o tym 2 lata temu tu Ten sen był spersonalizowany. Oto zobaczyłem dwójkę kuzynów bawiących się z Rzesiem nad stawem i moja myśl po co tam poszli. Po chwili obraz ukazał mi Rzesia wpadającego do stawu. Zacząłem biegnąć z przyklejonym wzrokiem do Rzesia. A on siedział na dnie i się do mnie uśmiechał. Czułem ulgę, że się nie zachłysnął wodą i jednocześnie strach czy zdążę go wyciagnąć. Brrrrr, koszmar. Po chwili pływałem statkiem po Wiśle. Takim statkiem jakie kursują po Nilu. Rozmontowałem moje sny i dość szybko je przetransformowałem na język jawy.Jak tak dalej pójdzie, niedługo nadejdą sny związane z XVII wiekiem ;-) A to z tego względu, że wolne chwile poświęcam na własne studiowanie wojen polsko-szwedzkich. O gdyby tak przyśniła mi się np. moja potyczka ze szwedzką rajtarią bądź dragonami ;-) Ale dość majaków.
niedziela, 18 października 2009
...tymi słowami Yosa skwitowal w czwartek pewnego amerykanskiego pracownika jednostki transferujacej wiedzę z uczelni na rynek, podczas naszego pobytu w W-wie. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu. A gość stwierdził, że w USA jesli przedsiebiorca kręci się koło uczelni to dobrze. To dobrze, bo przeciez płaci podatki i ma swego rodzaju prawo do publicznych pieniędzy. U nas niestety tak nie jest. Prywatny kapitał jest postrzegany jako coś stwarzajacego problemy. Może to po trosze wiaze sie z polską mentalnością, w której ludzie sa bardziej zamknieci niz otwarci i wolą strzelić z liścia niż podać dłoń, a może z medialnego pokłosia rozlicznych afer itp. Studia nadal w Polsce zbyt słabo kształtują wśród studentów postawę własnego "ja". System jest do bani i tyle. Jako ciekawostke polecam Wywiad z pewnym mistrzem filozofii. Kiedys z R. zalozylem Kolo Milosnikow Filozofii a rozmowy prowadzone przez bohatera wywiadu -patrona naszego koła, dały mi dużo... W pełni się pod tym pospisuje, co zawarł w wywiadzie.
niedziela, 11 października 2009
Niejako pisząc ostatnią notkę miałem wyczucie. Otóż wczoraj pózno w nocy (czy też dziś wcześnie w nocy) natrafiłem na pewien program w TVP Info. Rzecz szła o kraju ajatollaha Chomeiniego - Iranie (ja wolę określenie Persja). Zaczynając od spraw mniej ważnych - w programie, zauważyłem pewną analogię. Otóż zapewne każdy kojarzy, że pewne sprawy ze świata nauki zwierząt zahaczają o teorię mechaniki płynów. Już przykład lecącego roju szarańczy, czy płynącej ławicy szprotek sprawia wrażenie podobieństwa do cząstek znacznikowych w metodzie "particle image velocimetry" ;-) To tyle, żeby nie truć naukowymi metodami. W każdym bądź razie, program przedstawiał tłum zwolenników Chomeiniego. W religijnym amoku, histerii, szaleństwie. w skandowaniu "śmierć Ameryce", "śmierć Izraelowi", "Palestyna zwycięży". Było to coś na kształt tańca z elementami "symulacji ruchu zbiorowiska opętańców", jak sobie to na roboczo nazwałem. Ciekawe były obserwacje elementów tłumu - dało się zauważyć przystojnych facetów z zadbanymi buziami, w stylu "perski Ken", jak również osobniki, które określiłem mianem "diabłów tasmańskich" - braki w uzębieniu, wzrok półgłówka i ogólne wrażenie artystyczne dające się zebrać w słowo: nieszczęśnik. Istotną sprawą była jednak pewna historia człowieka. Czlowieka którego jeden z autorów programu filmował z okna teherańskiego hotelu. "Sledził" kamerą życie na dachu jednego z bloków. Znajdowało sie tam mieszkanie, w którym krzątała się kobieta, facet-totalny nygus obserwujący jej działania i jakieś dzieci sikające do wiadra. Facet był dość puszysty, z prostokątna wielką buzią i czarnymi wąsami. Wąsal. Wąsal co jakis czas siedział przed blokiem, bądż na gzymsie okiennym. Generalnie łaził z kąta w kąt i nic pożytecznego nie robił. A może i robil - w końcu nikomu nie dokuczał, a i dzieci woził moplikiem po ulicy. Może był pożyteczny jednak? :-) Ekipa filmowców zainteresowała sie wąsalem. Okazało się, że facet mówi po rosyjsku i w tymże języku przedstawił swoja historię życia. To był Rosjanin, mieszkający kiedyś w Moskwie, posiadający żonę i dwójkę dzieci. W latach 80tych na polecenie wyjechał do Iranu budowac elektrownię atomową. No i rzekł, że kobiety jako stroju uzywające czador itd itp spowodowały że kiedyś przypadkowo widząc kawalek nogi wystającej z owego stroju kobiecego, lekko się "nakręcił". Może i nie lekko - bo przy pierwszym spotkaniu był na tyle "skuteczny", że Iranka zaszła w ciążę. W tamtym kraju to straszna hańba dla kobiety. Zebrała się rodzina kobiety i niejako wskazała droge Rosjaninowi - masz ją pojąć za zonę, a twoje przeszłe życie nie ma znaczenia. Facet chciał prysnąć, ale pozbawiono go dokumentów do wyjazdu z Iranu. Chcąc, nie chcąc został "zablokowany". I to bardzo trwale. Z czasem nawet chyba się pogodzil z losem, a i przyjął go za los szczęścia, w Moskwie żona miała z nim równorzędne relacje, a tu to on był panem i władcą - "dorobił" jeszcze dwójkę dzieci. Ciekawa była jego świadomość polityczna. Otóż gośc stwierdził, że to Chomeini rozwalił ZSRR. Bo wysłał do Gorbaczowa list w którym pisał, żeby Kraj Rad przyjął islam, bo państwo bez religii ulegnie zagładzie. Ale Gorbaczow zignorował list. No i prosze, stalo sie tak jak to "przewidział" Chomeini....
piątek, 09 października 2009
Wczoraj dzieki Rodzicom udało mi się załatwic ważną sprawę w pewnym urzędzie. Najpierw dwukrotnie moje dzialania nie przyniosły zamierzonego celu, dopiero 3cie podejscie zakonczyło się sukcesem. Wielkie podziekowania dla Taty! Sprawy urzednicze maja to do siebie, że wymagają pewnego podejścia, które nazwę algorytmicznym. Więc chociażby nie wiem jak procedura była idiotyczna, nalezy ja przejść-wykonując kolejne iteracje. Oczywiście, można dyskutować, gdy człowiek musi określić stan cywilny małego szkraba jako kawaler, bądź panna, czy jest to racjonalne. Mozna mieć wątpliwości gdy 2letniego delikwenta czy delikwentke trzeba zaszeregowac pod względem wykształcenia - niepełne podstawowe. Ale takie są reguły gry, skoro ktoś kiedys nie pomyslal o dodaniu wiersza dotyczy/ nie dotyczy dzieci. I jestem zadowolony, ze wreszcie ta sprawę sie udalo zalatwic, bo rozne przyczyny niezalezne ode mnie mowiąc slowami Wojtka z W. "blokowały mnie". Tu pewna dygresja - będąc w Turcji poznałem pewnego gościa - Wojtka z W., który mienil się biznesmenem. W obejściu był dośc jowialny, a i lubił się chwalic do tego stopnia, że w ktorymś momencie to co mówił wpuszczałem lewym uchem, a wypuszczałem prawym. No i Wojtek kiedyś opowiadając o swoim zyciu, powiedział że się rozwiódł - uzasadnienie brzmiało mniej więcej tak: "wiesz, nie rozumieliśmy się, po co się męczyć, chodzi o to, żeby kogoś w życiu nie blokować". No więc własnie, teoria blokowania. Nie pożyczyleś komus kasy - zablokowałeś go. Zabronileś komuś czegoś - zablokowaleś go. Nie blokuj. ;-))) Teorię blokowania ostatnio dość dokładnie wyłożylismy A. z K. I trzeba przyznać, że uczennica okazała się pojętna (albo nauczyciele wybitni), bo złapała to bardzo szybko . ;-)))
środa, 07 października 2009
Tytuł notki nie wiąże się z podstawowym prawem ekonomii, czyli tzw. "zasadą rakiety", która głosi: nie odpalisz- nie wystartujesz. To po prostu pokłosie przetestowania kominka. Efekt wklejam poniżej. Od razu cieplej ;-)
piątek, 02 października 2009
... moja próznośc została nakarmiona nagrodą zespołową JM Rektora I stopnia za osiągnięcia naukowe w roku 2008. Plany były co prawda inne, ale wyszło jak wyszło. Nagrodą gardzić nie należy, bo zresztą poprawiła mi bilans finansowy miesiąca. Szkoda tylko, że nie można podjąć za to nagrody, za co Yosie i mi się należy. Ale czort z tym, prędzej czy później - odbijemy sobie trud pracy. Dziś gdy w pracy czekaliśmy na uroczystość inauguracji roku akademickiego nieoczekiwanie pojawił się K-Prezes. Okazuje się, że na rynku usług w których się obraca nie ma forsy, panują jakieś kolosalne zatory pieniężne i jak sam stwierdził ciągnie na "bezdechu". Ale nawet tonąc, człowiek zawsze może przyłożyć słomkę i zasysać powietrze (o ile potrafi). Po 15 minutach rozmowy my się musieliśmy zbierać i trójstronna konkluzja brzmiała: będzie dobrze. Będzie dobrze, bo musi być dobrze i nie ma innego wyjścia. Na samej uroczystości jak zwykle pojawiło się wiele znanych oficjeli. Część takich lokalnych, część znanych na forum krajowym. Niektóre z tych osób zawsze mi uświadamiają to, ze w Polsce nadal, tłumacząc obrazowo, z kolesia podającego piłki na boiski okręgówki, można stać się tuzem decydującym o składzie drużyny grającej w ekstraklasie. Oczywiście taki proces "awansu pionowego" jest sprawą naturalną, ale jeśli awansuje osobnik, którego jedyną umiejętnością jest to, że jest jaki jest, to świadczy o degrengoladzie mechanizmów politycznych. Ktoś powie: co ty chrzanisz Erneście, znasz człowieka? Ano właśnie, że wiele osób obserwowałem i znam, i dlatego mogę oszacować ich potencjał niczym wartość spółki giełdowej. W tego tegorocznych wystąpieniach zwróciłem uwagę na dwa - prof. K i prezesa J. Profesor K. to nie tylko naukowiec z najwyższej półki ale i orator. Z przyjemnością można posłuchać jego słów. Natomiast prezes J. przed latami stworzył wizję rozwoju najpotężniejszego koncernu polskiego. Później w wyniku politycznych przetasowań i tendencji rządu obsadzenia stołka przez politycznego "przydupasa" stracił stanowisko na rzecz człowieka znikąd. W taki oto sposób potraktowano człowieka, który stworzył podwaliny pod rozwój. Na szczęście talent nie zmarnował się. Odnalazł się i wykorzystał swój potencjał w innej firmie. A to co mówił było bardzo cenne. Cenne dla takich ludków jak Yosa i ja, którzy nie będąc osadzeni w spółeczkach w których macza swe marnotrawne łapska skarb państwa, bądź inny podmiot "polityczny", ciągniemy do hangaru w którym skręcimy wlasny wózek i na nim sobie pojedziemy. ;-)
środa, 30 września 2009
Tytuł notki jest nieco prowokujący, ale jego zasadnicza treść jest uniwersalna.Doszedłem nawet do wniosku, że stanowi swego rodzaju wprowadzenie do zasady, którą można implementować na różne dziedziny zagadnień życiowych. Napiszę o tym później. Końcówka ubiegłego tygodnia pachniała tym, że byłem bliski odtrąbienia zakończenia kilku spraw, niczym trębacz po zwycięskiej bitwie zwołujący na ucztę na pobojowisku. Już nawet trupów przeciwników nie warto obdzierać z kosztowności, tylko po uprzątnięciu - udać się na ucztę. No nie, nowy tydzień pokazał, że pewne sprawy jeszcze na widnokręgu majaczą niczym widmo i upiory przeszłości. Nihil novi. Sinusoida nastrojów życia. Z wartości ekstremalnej euforii zjeżdżasz tyłkiem w dołek. Ale i w tym należy dostrzec wartość pozytywną - nie walisz tyłkiem po schodkach, tylko jedziesz rynną. :-) Z fasonem panie dzieju, z fasonem. Więcej nie ma sensu o tym pisać.
piątek, 25 września 2009
W środę ukladałem tematy prac dyplomowych dla swoich przyszłych dyplomantów. Początkowo zapaliłem się do czynności myslowych obejmujących wygenerowanie ambitnych tematów skutkujących odbyciem przez dyplomanta przygody intelektualnej. Przygody w której nie tylo rozwiąże jakis problem, ale nauczy się pewnego podejscia, otrzaska z radzeniem sobie z problemami a w konsekwencji poczuje się pewnym, wartościowym inżynierem. Ale po chwili zakradła się mysl: po co strzelasz z armaty do wróbla, po co prokurujesz sobie w przyszlości problemy. Czy naprawdę jesteś tak naiwny by sądzić, że trafisz na perłę, która swym blaskiem oświetli swoją pracę? Po co mi marudzenie, że "a tego w internecie nie ma", "a ja pracuję", "a muszę jechać do Warszawy?". Nie. Nie jestem naiwny. Tematy "skroiłem" w ten sposób, że jeśli ktoś będzie chcial rozwinąć skrzydła, to je rozwinie, jeżeli będzie chciał poświęcić czas - na trójkę dociągnie. Ja nie mam zamiaru się przejmować tym, czy komus chce się ruszyć tyłek, czy nie.
wtorek, 22 września 2009
Próbowało się i do mnie dobrać jakieś przeziębienie, czy jakies inne cholerstwo. Ot doznałem uczucia, że oto po gardle ktoś mi przejechał papierkiem ściernym, a w głowie mózg kolebie się niczym piłka toczona po kocich łbach. Ale moja kuracja, rosół Mamy sprawił, że cudownie ozdrowiałem :-D Cud mniemany, czyli Ernest i jego metody! ;-) Choroba bardzo dokuczyła też K., ale dzięki temu i owemu wychodzi na prostą :-) Jesienne klimaty psują mi "muchi". Ni z tego, ni z owego pojawiają się jakieś osowiałe muszyska, które padając psują me poczucie estetyki. Nie cierpię tych owadów, brrrr. Co wejde do naszego biura - napotykam leżace kadłubki. Chce prztyknąć listwę - leży coś, odsuwam wertykale - a jakże na parapecie kolejne "zwłoki". Chyba to okres, gdy grzybica dziesiątkuje muchy, ale w tym roku wyjątkowo to daje się zauważyć. Co innego żywy owad, który można "zdjąć" procą, bądź packą, a co innego takie truchło :-D Nie no, okropność. Dość o tym badziewiu. Dziś bylismy z Yosą w W-wie. Pierwotnie celem było zaliczenie oficjalnego spotkania w pewnej instytucji i posłuchania o mozliwościach dorzucenia tego i owego do europejskiej przestrzeni badawczej, ale dzień wcześniej udalo się uchwycić kontakt do pewnego człowieka, na którego spotkaniu nam zależało. Samo spotkanie tradycyjnie prowadził "akademicki ględuła". Pitu pitu pitu pitu pitu pitu. W zasadzie już p 15 minutach było wiadomo o co chodzi i o czym facet powie w minucie 30tej, 60tej itd. Gdy doszło do dyskusji, ludzie zaczęli zamiast pytań zwyczajowo "mendzić" o swoich bolączkach życia zawodowego i chrzanić nie na temat. Prelegent wpadł w pulapkę rozmowy z owymi pieniaczami, więc uznaliśmy, że nadszedł czas na opuszczenie zacnego grona. Wykonałem telefon do naszego "kontaktu" celem zorientowania się czy jest wolny i możemy się "styknąć". Spotkanie nastąpiło po jakiś 30 minutach, bo zwyczajnie pomyliłem budynki. W końcu udało się i w pewnym "zacnym" barku odbylismy rozmowę. Na początku krótkie "intro" - skąd geneza spotkania itd. I było to bardzo wartościowe spotkanie. Facet podzielił się swoim doświadczeniem, a to o czym mówił pokrywało się również z naszymi odczuciami. Wspaniała sprawa, gdy rozmówca nadaje na tej samej częstotliwości z marszu, gdy nie trzeba się wzajemnie dostrajać. To takie "turbodoładowanie kontaktu". Ustalenia ostatecznie były takie, że nasz nowy znajomy przez tydzień dokona pewnych ustaleń, później miesiąc będzie pływał po Morzu Środziemnym, a ostatecznie odwiedzi nas i wtedy będziemy jeszcze mądrzejsi niż teraz jesteśmy :D Swoją drogą, nadałbym facetowi roboczy tytuł "angel of knowledge", ale na razie się z tym wstrzymam, albowiem "po czynach poznamy go". :-) Cóż, miasto w którym mieszkam to mentalny grajdołek na szersze zamierzenia, mniejsze pole manewru, słaby rynek, ale jedno jest pewne - kto nie próbuje, ten nie ma. :-) Wracając komentowaliśmy z Yosą napotkane furaki, bo Yosa przymierza się do zmiany auta. Akurat jechały jakieś dziadki soul'em. Niebanalne auto, kto wie - może Yosa je zakupi...;-) I w którymś momencie przysnąłem, bo jak kiedyś pisałem silnik alfy mnie usypia. I nagle nastąpilo szarpnięcie spowodowane nagłym hamowaniem. Jak się okazało powodem byli jacyś za przeproszeniem zasrańcy w szrotowozie typu golf I bez świateł stopu...
czwartek, 17 września 2009
Dużo czasu zajmuje mi ostatnio użeranie się z poprawianiem prac dyplomowych. Rekordzista podchodzi bodajże 5ty raz do ukończenia studiów, a co kolejna poprawka to materiał oddaje gorszy. I tak w kółko. Na dodatek pojawiły się problemy z recenzowaniem prac, bo regulaminowo może tą czynność wykonywać profesor. Ostatnio nawet wkurzyłem się i powiedziałem: żeby te prace w myśl zasad profesora odpowiadały wymaganiom, to powinienem je sam pisać. A on odparł, że mam swoich dyplomantów zmusić do prawidłowego pisania. Skończyłem właśnie pierwsze czytanie dostarczonej pracy. Przyniósł ją niepozorny, cichy, nieśmiały facet. Ilośc popełnionych błedów stylistycznych jest spora, ale wkład myślowy jest sensowny. Nie mniej jednak, przebrnięcie przez 60 stron i nanoszenie poprawek to czynność męcząca. Na obronach odnoszę wrażenie, że profesor zbyt mocno "ruga" dyplomantów. Oto wczoraj odbywały się obrony i przypadkiem byłem świadkiem jak jeden "zawodnik" objaśniał wykres na którym przedstawił wyniki. Profesor od razu skomentował: gdybym ja otrzymal takie wyniki, to bym je schował i nikomu nie pokazywał, a pan sie nimi chwalisz.... Gość coś tam dalej tłumaczył, ale na moje wyczucie, jego myślenie już zostało wyłączone, był spiety. A co ciekawe pierwszy raz widzialem faceta w garniturze. Wczesniej na korytarzach widywałem faceta w bluzie z kapturem, "portkach" z krokiem przy kolanach i wlosami jakby przed chwilą piorun strzelił w łepetynę. Jeszcze tylko deskorolkę dac pod pachę i wypisz wymaluj kolo ze skateparku :D Wczoraj bylem na zebraniu rodzicow u E. Ciekawa wychowawczyni klasy. Uczy polskiego, ale odniosłem wrażenie słuchając wypowiedzi, że jak zaczyna zdanie to mowi o czym innym, i jak kończy też mówi o czym innym. Pod tym względem przypomniał mi się pewien minister, którego często mijam. Duet K&K jest chory a i mnie głowa boli (z przepracowania, hehe). Aaa, a jutro wraz z K. w pracy pchnę pewien wniosek na pewien konkurs. Co prawda towarzystwo organizacyjne jest mocno szemrane, ale będzie to taki "próbny balon". Co prawda opis trzeba wykonać tak, aby nie odsłaniać kart, żeby ktoś nie podbierał gotowych pomysłów, ale nie powinno to nam nastręczyć trudności. Bo sięgamy dalej niż wzrok sięga :D No i pare euro mozna ugrać, a skoro mówią, że car po kopiejkę to się schyli, a po rubla to i przyklęknie, to jak tu pogardzić możliwością przyklęknięcia do puli w której jest kilkaset tysięcy EUR. Nawet nie wypada! :D
wtorek, 15 września 2009
Przypomnieliśmy sobie ostatnio trochę dawnych filmów. Śmiechu było co niemiara, bo pewne teksty są uniwersalne do dziś. Weźmy np film "Wielki Szu". Co prawda zakończenie, że Szu ginie niezbyt mi odpowiada z tym niedomówieniem, kto go "sprzątnął" - Lipo, Denel, Mikun - ale i tak gra słów ociera się o mistrzostwo... Wiele jest takich filmów, które stanowią moją "skarbnicę ekranu/monitora". I jak kiedyś powiedział TZ, że z kobietami jak z książkami - "wszystkich nie przeczytasz", to można to i odnieść do filmów - "wszystkich nie obejrzysz" :D Ale część (filmów) można uchwycić, zaprząc. Gdy obejrzałem z Córką film "Charlie i fabryka czekolady" to ścieżkę dźwiękową wykorzystałem w zestawie moich dzwonków telefonicznych. Willy Wonka, Willy Wonka, The amazing chocolatier! Willy Wonka, Willy Wonka, Everybody give a cheer! He's modest, clever and so smart, ... Hehehehe. W zasadzie ta notka miała być o czym innym i już wracam do tematu przewodniego. Tematu "pseudo chrześcijan". Słonimski bodajże kiedyś stwierdził "Polacy - tak wielu przyjęło chrzest, a u tak niewielu się on przyjął". Stwórca - chrześcijański wskazuje by miłować nie tylko bliźnich ale i nieprzyjaciół. A co zauważa się u tych, którzy mienią się świętszymi od papieża, gotowymi układać relacje międzyludzkie wedle swego pojmowania i w swym zaślepieniu gotowi innych "zjeść"? Myślę, że często wprost przeciwne przesłanie. I pozostaje smutna konkluzja. Że oto Stwórca, te oszołomstwo pozostawił - na pastwę demonów, pastwę złego mzimu, które ich ustami truje otoczenie i pomstuje. A rolą takich chociażby grzeszników jak ja jest to, aby Stwórca wrócił do owych oszołomów, bo złe mzimu nadal będzie ich wodzić po bezdrożach ... ;-)
czwartek, 10 września 2009
Ależ dziś wstałem (pauza - jakiego tu użyć słowa) "złachany". Ale jak się w nocy nie śpi, to później i efekty takie, hehe. A spać nie lubię bo śnią mi się ustawicznie jakieś bzdury. Psychika żyje wieloma sprawami i niestety nie da się nacisnąć przycisku "wył.". Przypomniał mi się w tym momencie docent P., który kiedyś powiedział "jak nie mam co robić to śpię." :D Zagadkowa postać, której w sumie sporo zawdzięczam - w tym sensie że (pauza- wysilę się na obrazowe porównanie kojarząc technikę z poezją) w mrokach zawodowej piwniczki przyświecił latarką wskazując które dziedziny są warte poznania. Przedwczoraj stwierdziłem, że pewien dorosły facet nie potrafi obliczyć pola powierzchni wycinka koła. No i weź tu tłumacz. Co chwila: a teraz dobrze? nie. a teraz? nie. a teraz? nie. a teraz? qrw..........a!!!!!!!!!!! W końcu wziąłem się za obrazowe tłumaczenie i rzekłem. Załózmy, że spotkał pan dobrą babcię, z workiem obwarzanków. Obwarzanki to właśnie części naszego urządzenia i niech pan zapomni że są wykonane z aluminium. Kąsamy fabułkę? Tak. No i się okazało, że obwarzanki są troszke wilgotne. Ale pojawił się dobry czarodziej, który miał ciepłą różdzkę (prosze bez skojarzeń) o średnicy odpowiadającej średnicy dziurki w obwarzanku. I powiedział do pana: Pożyczę ci różdżkę, a ty ponatykaj obwarzanki i wysuszysz swoje obwarzanki. Kapujemy? Acha, a ta różdżka to taka rurka? Tak, taka rurka. I pan załadował na różdżkę 12 obwarzanków. I teraz prosze sobie wyobrazić myślowe przecięcie obwarzanków poprzecznie do różdżki. I to niestety przekroczyło zdolności przyswajania mojej bajki. Gość patrzył się na mnie a jego twarz wyrażała wątpliwość: przecież w bajce nie było noża.
poniedziałek, 07 września 2009
Czuć powoli nadciągającą jesień. A co za tym idzie, trzeba się do niej "przygotować". Zachęcony wyrobami winiarskimi Krzysztofa i Roberta, tudzież nalewkami Prezesa, nabrałem ochoty na eksperyment. W tym celu zaopatrzyłem się w 2 litry spirytusu a dziś z miejsca położonego pośród lasów i pól przywiozłem miętę. Co wyjdzie - zobaczę. Mam nadzieję, że będzie to godna nalewka czynności rozpalenia w kominku. Widok gąsiorka z miętą, cytryną zamieszczam poniżej. Zaparkował obok "absynta" - bardzo magicznej gorzałki, która niejednemu zresetowała pamięć. Co prawda mój absynt jest czeski, ale w końcu nie rzecz w tym by złapać króliczka, lecz gonić go... ;-)
|
Archiwum
|