Od dłuższego czasu blog nie przynosi mi "pisarskiego" zadowolenia. Odniosłem wrażenie, że sam w pewien sposób go "zdeformowałem". Piszę generalnie o sprawach w ten sposób, że pod formę pamiętnika trudno to podciągnąć. Również ciężko mi odnaleźć w tym co piszę coś ciekawego. Takie tam wybiórcze "pitu-pitu" bardziej z przyzwyczajenia niż z namaszczeniem pisarskim. Gdy kilka dni temu pojawił się Robcio von Hydrogen, który z tego co powiedział zagląda na blog, potwierdził me odczucia. Kiedyś pisałem bardziej ciekawie i ostrzej. Co ciekawe tematów, by poskandalizować mi nie brakuje. Zadać kilka wyrafinowanych pchnięć, pogrzebać w zapyziałym mrowisku stosunków międzyludzkich i obnażyć to i owo w zatęchłej ludzkiej psychice. Ha, na przykład pewną kreaturę to może by nawet w pewien sposób "odnowiło". Ukazało jej, że jest w w szambie własnej głupoty i zawiści. To nawet byłby akt miłosierdzia - być katalizatorem, który uchroni jej przebrzmiałe lata przez zgryzotą i cierpieniem. W każdym bądź razie, muszę przemyśleć dalszy los bloga.
Wczoraj w doborowej trójce ruszyliśmy na szlak - Yosa, Marcjan i ja. Tradycyjnie, tak jak rok temu z Romanem zaczęliśmy marsz za miastem, gdzie tym razem podwiózł nas Tata. Bezwietrzna pogoda, lekki mróz sprzyjał wędrówce. Raźno ruszyliśmy z kopytek, a już po kilku chwilach las rozbrzmiewał śmiechem. Dość szybko dotarliśmy na miejsce gdzie zaplanowałem ognisko. Ogień niezbyt chętnie pojawiał się, na szczęście dmuchnięcia i kolejne próby resuscytacyjne przyniosły efekt - ognisko żarowe.
Na kolejne wyprawy jest wniosek - przy przemoczonym opale, trzeba zaopatrzyć się w podpałkę kominkową. Ostatecznie po 6ciu godzinach dotarłem do domu. Zmęczony, rumiany z dużym zapasem sił. Stacja ognisko znacznie wzmacnia siły, tak jak procenty "czegoś mocniejszego". Teraz, gdy pogoda nie sprzyja rowerowym rejzom, łacniej wyruszyć pieszo na trasę, coby nie dopuścić przez zimę do zapasienia tyłka... ;-)
Początek roku to bardzo mocny akcent rodzinny. O. przyleciała na 10 dni z USA. I m.in. różnymi fajnymi prezentami, których były 2 walizy, wzbogaciliśmy się o zapas kawy firmowanej przez Starbucks'a. Jest taka powiastka, że pewien mędrzec grał na harfie ciągle tą samą melodię, podczas gdy "murziki" wokół ciągle próbowały brzdąkać coś innego. Ktoś zapytał mistrza: czemu grasz ciągle tę samą nutę, podczas gdy inni coś nowego ciągle? Mędrzec odparł: ci głupcy, ciągle szukają, ja swoją właściwą nutę znalazłem...
Lubię kawę i ciągle "stroiłem" różne warianty. Gdy kiedyś na opakowaniu espresso przeczytałem: only 3 % the coffee grown around the world is good enough to make in into a bag of Starbucks coffee, uznałem to za marketingowe "pitupitu". I może tak jest, ale w każdym bądź razie ta kawa to od pewnego czasu moja nuta...
Końcówka roku zleciała szybko. Wigilia, Święta, nastrój pogody ducha. Miłe spotkania, dobrze spędzony czas. Wreszcie wyjazd na kilka dni w Góry Świętokrzyskie do najwyżej położonego hotelu w 9osobowym gronie. Ten wyjazd miał dla mnie symboliczny charakter. Dwa lata temu w tym samym hotelu mój spokój był zmącony sprawami, które dopiero rok 2011 rozstrzygnął po mojej myśli. Te zestawienie człowieka sprzed 2 lat i obecnego jest znamienne. To duża dawka gromadzenia wyposażenia arsenału, nabrania doświadczenia, wywalenia z podejścia do pewnych spraw naiwności. Ohh, gdybym miał talent literacki, śmiałbym napisać, że narodził się pewien typ bohatera! ;-) Te dwa lata dały teraz bonus, który zapewnił beztroskę, spokój i radość. I nie chodzi o to, by piać na lewo i prawo: patrzcie ludzie jak kozacko udało się to i owo... Pochyl głowę w pokorze, uśmiechając się w głębi do własnych myśli. Kolejny przypadek zadecydował, że zasiadłem w tym samym apartamencie co poprzednio, z widokiem na piękną panoramę. A i dwa lata temu przebiegła mi myśl, że chciałbym to pokazać Rodzicom. Udało się. Czas zatoczył szybko swe koło, dokonując rekonfiguracji sceny potencjalnych zdarzeń, wsuwając w mą dłoń bonus. To, na ile jest wycechowana nasza wrażliwość, na tyle daje poznać odczucia i piękno chwil. Taaak, zawsze też gdzieś czai się dobra przygoda, delikatny, pozbawiony ciężkości życia pierwiastek, pozwalający przykładowemu tonącemu śmiertelnikowi-składowej rodzaju ludzkiego, który wydobył się na powierzchnię, złapać kilka chwil oddechu. Zaufaj...
No i dobili to towarzystwa niezawodni J&J. Ostatniego dnia 2011 udaliśmy się m.in do miejsca urodzin pewnego pisarza i na Święty Krzyż. Byłem tam w czasach szkoły podstawowej i dopiero teraz, jako amator-historyk mogłem skonsumować me odczucia, wzmocnione mgłą, która kłębiła się w okolicy przed południem, zaciągając tajemniczość i refleksje. I ta dorożka-sanie, którą dostaliśmy się na szczyt...
Świętokrzyski Sabała...
Widok z zamglonego gołoborza...
Tam...w oddali jedziemy...
Pod balowym sufitem...
To był udany finisz roku. Pobyt i sylwestrowy bal, w sumie na którym nie spożywałem ponad symbolicznie alkoholu, a który był wyczerpujący tanecznie, a wszyscy zadowoleni, ocenić należy na 6kę :-)))
Wróciłem z Poznania wesół i radosny z kilkoma spostrzeżeniami. Przed wszystkim mój mit wielkopolskiego porządku prysnął jak bańka mydlana. Dzielnice przez które przejeżdżałem i siedziby firm które mijałem wyglądają, jakby rodem z pchlego targu. To już chyba nie te czasy gdy pod pewnymi względami Wielkopolska była swego rodzaju wzorem; gdy kiedyś przejeżdżałem z Tatą, zatrzymywaliśmy się na jej terenie, bo restauracyjna kultura wyróżniała się na plus od tej mazowieckiej. Cóż, panie dzieju - globalna wioska robi swoje i zaciera pewne subtelne różnice. Obrazu nędzy w odbiorze obserwatora dopełniła jesień. Tradycyjnie gdy z "wolnej stopy" zamawiam nocleg, korzystam z serwisu booking, co niejako zapewnia mi poczucie racjonalnego stosunku kesz-wygoda. Miejsce przeznaczone na "zakotwiczenie" było bardzo fajne - położone w cichej dzielnicy, oddalone od tzw. głównego budynku hotelowego. Co prawda nastąpiło pewne "przekłamanie" w ofercie - nie było wi-fi. Ale akurat na tym mi nie zależało - nie jestem przyspawany do komputera. A skoro jestem taki pobłażliwy, to i rozcieńczone wodą mydło w płynie znajdujące się w łazience, również dorzuciłem do pakietu - "picowanie" :D
Wczoraj odbyła się uroczystość pożegnania pewnej osoby, która przechodzi na emeryturę. Skończyła się pewna epoka. Gdy przyszedłem do pracy, jako młodzian po studiach, pani A. pracowała w księgowości i wiedziałem tyle o niej, że jest żoną byłego wojewody. Z upływem lat, nasze wzajemne kontakty stały się częstsze. Doświadczenie A. przy jednoczesnym merytorycznym usposobieniu w konsekwencji zaowocowało wieloma wygranymi bitwami. Stara, dobra szkoła obca tym współczesnym "produktom" chromej polskiej "edukacyji".
Mocnym akcentem tygodnia, jest publikacja w anglojęzycznym czasopiśmie. Trud tłumaczenia wziął na siebie Yosa, a po krótkim boksowaniu z recenzentami, po kilku miesiącach "klepnięto" materiał do opublikowania. Nie święci garnki lepią.
Czasami może wydawać się, że pewien rząd wielkości - milion, dwa itd. zł to jakaś astronomiczna suma. A wszystko zależy od tego na jakim "stejdżu" człowiek się obraca, czy wchodzi wyżej, czy spada, by za chwilę znów pchać się wyżej, czy może w swej zachowawczości trzyma się kurczowo tego co złapał i jakakolwiek myśl o zmianie wywołuje u niego popłoch. Zdanie wcześniejsze bardzo koresponduje z mym pierwszym wpisem na blogu. Nie święci garnki lepią, a wszystko jest dla ludzi. Tym bardziej wszystko jest w zasięgu ręki, to o czymkolwiek zamarzysz i będziesz z uporem i konsekwencją realizował.
W poniedziałek pojechałem do stolicy na walne zebranie stowarzyszenia. Małe stowarzyszenie, a generujące obrót kilkudziesięciu milionów. Uchwaliliśmy w kilkanaście osób zakup lokalu, bo wszystko wskazuje, że dynamizm obrotu będzie wzrastał. Szkoda, że forma działalności jest niezarobkowa... Tym razem zabrałem się z M., który słynie z tego, że za kierownicą lubi "pocisnąć". I już 3 dni później okazało się, że M. otrzymał sprzęt - dwie kamery o wartości przeszło 1 mln zł. Z tymi kamerami wiążę pewne nadzieje naukowe. Jest to sprzęt klasy światowej, a i byle kto w Polsce tego nie ma. Mam nadzieję, że uda się wykorzystać tak świetne narzędzie. Z Yosą opracowaliśmy harmonogram kolejnych działań i teraz od z nowym nadchodzącym rokiem trzeba będzie ruszyć ostro z kopytka. Powstała bardzo dobra koncepcja, na zdrowych fundamentach. Byle tego nie zepsuć :)
No i został "klepnięty" wyjazd wakacyjny, co niezmiernie mnie cieszy. Trzeba korzystać z formy tego resetu psychicznego i fizycznego. Życie trwa w sumie krótko, o czym przekonał się niejaki Z., na którego pogrzebie byłem w niedzielę. Pomijam takie osoby jak te, które 4 lata temu płakały mi w słuchawkę i prosiły o pogrzeb. I takie, które wiedząc o takim zachowaniu współmałżonka wysyłają sms - "odpie... się". Jakim trzeba być kretynem, a w zasadzie kretynką, by pazerność zapaskudziła myślenie. Ich kultura, klasa i kunszt sprawi, że będą wieczni! :D A jutro kierunek Poznań.
Kilka dni temu byłem na balu. Co prawda wypadło to w okresie adwentu, ale niezmordowany organizator M., nadgorliwych religijnych faryzeuszy uspokoił wykładnią: "ksiądz prałat powiedział, że adwent to radosny okres oczekiwania na narodzenie, i nie nie należy tego mylić z postem" :D. W tym roku byliśmy w mocnej 8-osobowej ekipie. Fakt ten jest do nieprzecenienia, ze względu na jakość prowadzonych rozmów i żartów - kilkakrotnie poleciały mi łzy śmiechu. Wcześniej skrystalizowały się plany sylwestrowe i zapowiada się świetny wyjazd, również w mocnej ekipie, której skład będzie rodzinno-przyjacielski.
Rozmowy przemysłowe wypadły bardzo dobrze. Dzień przed nimi skutecznie mroziłem się na rowerze i planowałem szeroko zakrojone przygotowania. Ale później stwierdziłem: nie ja to spotkanie będę moderował, więc nie ma co za dużo planować, trzeba się przygotować na "zapodawanie z czapy". Przychodzi czas, gdy trzeba zaufać samemu sobie i stworzyć swój własny model negocjatora-rozmówcy. Zaufaj sobie i graj swoje. Ubiegły piątek poświęciłem przygotowaniu planu pod kryptonimem habilitacja. W tym celu umówiłem się z Yosą na specjalne spotkanie na którym stosując zasadę krytyki tego co się tylko da, omówiliśmy pewne szczegóły. Początkowo, gdy wstałem zakatarzony i rozkojarzony byłem sceptyczny do "zaufania sobie" i generowania taktycznych planów. Ale nie ma co się wymawiać i trzeba się brać do dzieła. Okazało się, że plan który stworzyliśmy jest godzien zadowolenia i w ten sposób zarysowała się racjonalna ścieżka.
W poniedziałek zaś pomknąłem do stolicy na kolejne spotkanie - podsumowanie pewnej współpracy itp. Słowo pomknąłem znalazło swe odzwierciedlenie w tym, że czas przejazdu zajął mi niespełna 80 min, i nie był to efekt pędzenia na oślep, a racjonalnej jazdy połączonej z brakiem korków. Dobre godziny spotkania skutecznie pozwoliły zaoszczędzić sporo czasu. W efekcie, zjawiłem się godzinę przed rozpoczęciem. Na szczęście pojawił się zaprzyjaźniony profesor z innego instytutu z którym sobie mogłem pogawędzić. Samo spotkanie niestety należało do tych, które rozczarowują. Ludzie którzy je zaaranżowali dość idealistycznie przedstawili pewne założenia i cele. I po 15 min skojarzyłem o co chodzi. Nie o żadną sensowną współpracę, a o wyłonienie i uwiarygodnienie ekipy, która napisze projekt. To oczywiście byłoby może i ciekawe. W końcu na spotkaniu był spory potencjał ludzi z różnych specjalności. Tak różnorodna ekipa pachnie "pospolitym ruszeniem" ale jako tako skrzyknięta może gwarantować powodzenie różnych działań. Niestety, przejrzałem zamiary organizatorów. Napisanie kolejnego projektu, którego efektem byłoby "skonsumowanie środków". Takie typowe cele, jak to mam miejsce przy korzystaniu z funduszów unijnych. Ileż to wygenerowano makulatury, przeprowadzono szkoleń, dokonano ewaluacji. I gdy znany mi inny profesor ostentacyjnie wyszedł po pół godzinie, to tylko uwiarygodniłem swoją ocenę sytuacji. Jednak wysłuchałem do końca wszystkiego, a ostatecznie podtrzymam w tym towarzystwie status obserwatora, bo w sumie dużo im zawdzięczam. Kto wie, może kiedyś zracjonalizują swe działania? ;-)
A na koniec piosenka w wykonaniu Jacka Wójcickiego o marszałku Koniewie. Piosenka ułożona z fragmentów wywiadu z autorem pomnika. To przeszło 20 lat temu usłyszałem ją... jak ten czas leci... :)
Gdy dziś ruszyłem na trasę, temperatura oscylowała w okolicach 271 K. Zasnute ciemnością niebo, otulona mgłą rzeka dają ten widok, który lubię, ale odczuwanie warunków zewnętrznych na rowerze, zahacza o dyskomfort. Na rowerach zaczął pojawiać się szron i lód, stężałe smary powodowały zwiększone opory toczenia. Organizm jest zmuszony do zwiększonego wysiłku, pokrywając zapotrzebowanie na ciepło. Gdybym należał do kategorii hipochondryk zapewne myślałbym o powrocie, bo i przedramienia zmarznięte, i palce grabieją. Na dodatek panująca wilgoć oblepia człowieka, a wymuszony opływ powietrza powodowany pedałowaniem, daje wrażenie szkodzenia samemu sobie :D Tym razem ognisko zaplanowaliśmy na znanym mi terenie. Po wzmocnieniu sił i ogrzaniu się, ruszyliśmy dalej eksplorując nową trasę. Ostatecznie pokonałem przeszło 60 km przy wysokiej średniej. Yosa rzucił pewną refleksję: byliśmy na wielu bankietach, w różnych świetnych hotelach, gdzie jedzenie uginało stoły, a jednak człowiek wraca do ogniska... Zdecydowanie, w przyszłym roku bierzemy się za opracowanie przewodnika dla fanów przebywania na świeżym powietrzu. I chociaż rower już niedługo zapadnie w zimową bezczynność, to już myślę o zimowej pieszej wyprawie.
Ostatnio ciągle uczestniczę w jakiś spotkaniach, naradach, zebraniach. Co prawda są to czynności, które zabierają czas, ale dzięki nim na poligonie doświadczalnym sprawdzam moje doświadczenie w przewidywaniu rozwoju wypadków. Dużo też czerpię z obserwacji pewnego profesora, który jest mistrzem diagnozy sytuacji. Jego obycie na tle niektórych ludków z mego grajdołka o mentalności siermiężno-paździerzowej to doskonałe studium przypadku, wskazujące miejsce w szeregu niektórym osobom. Nepotyzm trzeszczy i wyłazi, uśmiechając się groteskowo do aktorów sceny nie uczestniczących w szemranych zjawiskach. Poziom groteski osiągnął swe apogeum, gdy jeden z ludzi odpowiedzialnych za sprawy nauki w jednej z jednostek organizacyjnych z rozbrajającą szczerością rzekł: nigdy nie pisałem wniosków badawczych i nawet nie wiem gdzie należy je składać. To było tak rozczulające i słodkie, że początkowo pominąłem refleksję: "i pan się do tego przyznaje?" :D Niestety często bywa tak, że bezczelni tupeciarze pchają się na afisz, wyprzedzając osoby wartościowe, aczkolwiek skromne. No, ale dość marudzenia. Po raz kolejny spotkałem się z życzliwością innego Profesora, który zaproponował uczestnictwo w rozmowach z pewną potężną firmą. Tu z kolei będę miał w ręku papierek lakmusowy na sprawdzenie jak moi współpracownicy "szukają gry", a w zasadzie czy chcą tej gry szukać. Wiele sznurków i wiele możliwości za ich pociągnięcie. Ostatnio nawet urodził się pomysł habilitacji w Austrii, ale nasz Profesor podważył pomysł: wierzy pan w głupawe mity o polskiej habilitacji? I to jest pozytywna wiadomość, wskazująca, że został jeden sznurek, za który należy skutecznie szarpnąć. A jutro udało się zaplanować wolne i z Yosą ustawić na rundkę rowerową, połączoną z pieczeniem kiełbasek. Ordyńcy ruszają na wyprawę (bez troczenia do siodełka branek ma się rozumieć) ;-)
Kilka dni temu wybrałem się na koncert orkiestry rozrywkowej PW - "The Engineers Band". Przy okazji zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie chadzam na koncerty. Moja potrzeba regularnego chodzenia po prostu wygasła. I nie ma w tym nic zdrożnego, ujmującego - nie jestem melomanem, krytykiem, czy fachowcem w przedmiotowym temacie. Jestem odbiorcą i klientem, a główne założenie, to odbiór pozytywnych emocji. I takie emocje otrzymałem. W moim odczuciu koncert był świetny. Tym bardziej, że ukazuje pasje młodych ludzi, których zamiłowanie do muzyki połączyło w ciekawą ekipę. Występ w auli to też ciekawe doświadczenie. W miejscu, gdzie nie tak dawno głosiłem coś na kształt "kazania" rozbrzmiewały dźwięki :)
Wczoraj zaproponowałem Yosie wyprawę rowerową połączoną z pieczeniem kiełbaski. I dziś pomysł zrealizowaliśmy. Rano przywdziałem na głowę specjalną opaskę, coby wiatr w uszka nie dmuchał, założyłem przeciwodblaskową kamizelkę. Generalnie w stroju dość eklektycznym prezentowałem się niczym cudak z jarmarcznej budy. Od startu przyjęliśmy dość forsowne tempo, które w ostatecznym rozrachunku skutkowało średnią dla trasy 18,5 km/h. Po 90 min jazdy nadszedł czas na popas, przygotowanie mini ogniska. Bardzo szybko syciliśmy się frajdą pieczenia, co obrazuje poniższa "focia" ;-)
Przy okazji rozwiązałem też pewną zagadkę. Otóż od pewnego czasu, zauważyłem, że na postojach, gdy człowiek oddaje się czynności "odcedzenia ziemniaków", mój dres w okolicach kroku wygląda tak, jakby dany zawodnik "zlał się w spodnie". Co prawda obiegowa opinia głosi: "choćbyś trząsał dwa tygodnie, to i tak ostatnia kropla w spodnie", ale bez przesady! Czynność wykonywana umiejętnie, rozważnie, a finał taki, że trzeba się chować za rowerem, żeby nie narazić się na słowa: "stary, chyba się posikałeś...z wrażenia?" :D I dziś gdy zobaczyłem, że znów na postoju nie wyglądam za ciekawie w pewnych obszarach, doznałem "olśnienia". Gdy jadę, wiatr omywa mnie i trwamy w pewnej "symbiozie". Natomiast postój skutkuje tym, że ciało oddaje ciepło i wilgoć, które jest "obrazowane" w tych miejscach, w których przepuszczalność ubrania na to pozwala. Co za ulga! ;-)
W ubiegłą sobotę wybrałem się z córką na trasę rowerową. I gdy na 35 km szykowałem się do dynamicznego zjazdu, na równej drodze, zeszło powietrze z tylnego koła. Bad luck! Paradoksalnie, gdy jeździłem dawniej mało rowerem, miałem "wóz serwisowy", czyli auto dostosowane do przewozu rowerów. Teraz zaś jedyne co mi przyszło do głowy, to zadzwonienie do Taty. W końcu, można rozłożyć siedzenie i zabrać niefrasobliwego rowerzystę, który nie zaopatrzył się w "zapasowe gumy". I gdy pasowaliśmy rower do samochodu, nadjechała paniusia rowerkiem, zatrzymała się i zaczęła: "zdejmijcie koło, łatwo się zdejmuje..." Wiem, wiem.... "Możecie przekręcić kierownik..." Wiemmmm!!!!!! Wiemmm!!! Po prostu przymierzamy, żeby jak najsprawniej zapakować. Co za kobitka, gotowa swymi "poradami" przymówić się o przejażdżkę na ramie :D Oględziny dętki wykazały przecięcie na wewnętrznym obwodzie... To dopiero zagwozdka, co spowodowało usterkę. Korzystając z umiejętności Taty i jego narzędzi szybko i sprawnie załataliśmy dziurę. Napompowałem koło do ciśnienia o wartości 4 barów i wielce ukontentowany dokonałem jazdy próbnej. Nawet zmieniając w samochodzie koła na zimowe uśmiechałem się do swych myśli, że zestaw naprawczy należy wozić ze sobą i wtedy nie ma żadnych problemów z przebiciem dętki.
Dziś odbyła się próba generalna, ruszyliśmy w trasę w składzie: Yosa, Tata i ja. Jak widać skład wypraw jest wypadkową chęci i czasu miłośników przebywania w terenie. I wszystko fajnie szło, gdy nagle pod koniec trasy na wale..psssss... znów kapeć. Tym razem zaopatrzeni w akcesoria szybko załataliśmy nową dziurę i bez przygód pokonałem ostatnie 5 km na 53 km-owym dystansie. Ale mój niepokój budzi fakt złapania po raz drugi "kapcia". Albo dętka to jakaś tandeta, albo technologia wykonania obręczy zawiodła, albo czysty przypadek.
Uczestnicząc w ostatnich różnych zdarzeniach zawodowych odkryłem, że na mojej pieczątce zamieszczono kretyńską tytułomanię rozpoczynającą się od słowa "doc.". Najwyraźniej, ktoś uznał, że tak jak w innych instytutach, tak i w moim wykonano pewną "ucieczkę". Śmieszne, a jednakże smutne. Smutne, dlatego, że słowo docent ma dla mnie jednoznaczne skojarzenie tzw. docenta marcowego, i chociaż kilka lat temu stanowisko docenta miało być zarezerwowane dla człowieka współpracującego z przemysłem, jak zwykle to bywa w polskim szkolnictwie wyższym, ideę zwyczajnie zdeformowano. Wraz z wejściem w życie nowej ustawy w październiku b.r., stanowisko docenta zlikwidowano - zachowując jednakże stanowiska osiągnięte wcześniej. Jakimś cudownym zrządzeniem losu, niektóre osoby na kilka dni/tygodni przed wejściem w życie nowej ustawy, przeszły na stanowisko docenta, nie wymagające habilitacji. Gdybym chciał przejść na takie stanowisko, nie miałbym z tym problemu, ale przede wszystkim czuję się bardziej naukowcem niż dydaktykiem i dlatego nie zamierzałem dokonywać żadnych zmian, pozostając na stanowisku adiunkta - stanowisku przypisanemu ścieżce naukowej. Państwo z dwóch innych instytutów, a jakże skorzystało z opcji zmiany stanowisk. I chwała im za to - nie czują się dobrze w nauce, niech więc rzeźbią sobie z kredą przy tablicy jako docenci. Ale to co mnie niezmiernie ubawiło, to literki "doc" - umieścili sobie przed stopniami naukowymi. Doc. dr inż. to brzmi dumnie, a normalnie powinno brzmieć dr inż, docent. Ale dla osób wypalonych naukowo widocznie stanowi szczyt osiągnięć. Historia zatoczyła po raz kolejny koło, a jej chichot po przeszło 40 latach ma tę samą "jakość".
...dziś pokonałem na rowerze. Wczoraj umówiłem się z Yosą na wycieczkę, a dodatkowo okazało się, że skusił się i R. Co za tym idzie, na trasę ruszyło nas trzech. Początkowo czułem się niezręcznie, bo wcześniej postanowiliśmy z Yosą pokonać trasę, którą nazwaliśmy "wielka pardubicka" ;-) czyli pętlę spinającą dwie dotychczas ujeżdżane trasy, a na starcie okazało się że R. nie jest w pełni zdrowia. Moje obawy okazały się niezbyt uzasadnione, bo w końcu R. jako zaprawiony wędrowiec to typ "walczaka" ;-) Chłodny powiew wiatru, to mój przyjaciel. Tempo było dosyć forsowne, bo w terenie średnia prędkość oscylowała wokół 15 km/h. Następnym razem chyba trzeba więcej czasu poświęcać na popas... konie muszą być wszak napojone ;-)
Dziś z Yosą wybraliśmy się do Warszawy na konferencję podsumowującą pewien projekt. W zasadzie mógłbym odnotować pewną myśl, która pokrywała się z moją, a którą zawrę w kolejnym zdaniu. Otóż kryzys wpływa w pewien sposób pozytywnie na przedsiębiorczość ludzi.
Ktoś inny decyduje, że ktoś inny jest zwolniony. I ta osoba, która dotychczas walczyła pod sztandarami firmy, która ją tak potraktowała, nabiera wiatru w żagle: mam kontakty, możliwości, pójdę swoją drogą. Ludzie generalnie boją się nowego, a Polacy "skażeni" minionymi czasami, lubią pozorne poczucie bezpieczeństwa. Tzn. zapewne każdy człowiek lubi to czuć, ale istotne jest, by uświadomić sobie, że gdy następuje zmiana, ta zmiana nie oznacza końca świata. Wadę przekuj na zaletę. Nie chodzi tu romantyczne szarże, a o takie przemyślenie swych działań by będąc świadomym swych możliwości, ruszyć do przodu. Nie tak dawno słyszałem żartobliwą wypowiedź, że w Polsce nic się nie udaje, to może i kryzys się nie uda ;-)
To już może nudne, tak ciągle pisać to Ernest na rowerze tu, to tam itd., ale jest w tym pewien sens - dokumentowanie "narodzin" rowerzysty. Ostatnio w rozmowie R. nawet podzieliłem się humorystyczną refleksją, że ten rower to może podświadoma tęsknota za latami szczenięcymi - czasami otrzymywania tzw. prezentów komunijnych :D R. skwitował to słowami: dobrze, że się za 18tkami nie rozglądasz ;-) po czym odpowiedziałem, że takowe mnie nie interesują. Bo całkiem poważnie pisząc, cenię sobie w płci przeciwnej intelekt, błyskotliwość, polot i wrażliwość, która jest zarezerwowana dla partnera. To wszystko znalazłem. Fizyczność też ma duże znaczenie i w tym punkcie moja Luba też wie w czym gustuję ;-).
Ale skoro o testowaniu roweru, to po konfiguracji sprzętu, ciągnęło mnie dosiąść nabytek. Wpierw odbyłem samodzielną przejażdżkę, po której zobaczyłem, że mogę osiągać znacznie większe prędkości a większa rama zapewnia mi lepsze rozłożenie sił. Po tym odbyliśmy pokoleniową wyprawę: Córka, ja, Tata. I była to szalenie miła wyprawa, która mam nadzieje wielokrotnie będzie powtarzana. Jest już tyle dróg, które rozpoznałem, że monotonnia scenerii nie grozi.
Poniżej trochę widoków, ot tak sobie... :)
Odcinek wału nad Wisłą...
Łabędzi śpiew ciepłych dni...
W oddali zamajaczył widok katedry... tam historia przemawia sama.
A za mną nowy most...
I pod starym mostem...
Refleksja: Stary most to nie kaliber mostów z NY, ale niebo już się nie różni... każdy ma je nad sobą.
Od pewnego czasu nosiłem się z myślą o zakupie nowego roweru. To właśnie w tym sezonie "eksplodowałem" jako turysta rowerowy. Do mych wypraw korzystałem z roweru trekkingowego Taty. Rower był kupiony przeszło 8 lat temu i aż dziwne, że jego eksploatacja nie nastręczała poważniejszych problemów. (Garażowany panie dzieju) :D Ostatecznie "zbadałem" sam siebie, że rowerowe wycieczki nie stanowią mego sezonowego kaprysu. Niedawno gdy wstawiłem samochód na przegląd, poszedłem do pracy na pieszo, żeby zbadać możliwość dojeżdżania rowerem. Wizja lokalna wypadła pomyślnie. Od miejsca zamieszkania do salonu samochodowego mogę pomykać ścieżką, a dalej chodnikiem, który nie jest zapełniony pieszymi. Oczywiście nie we wszystkie dni da się jeździć, jakoś nie widzę możliwości jeżdżenia w garniturze czy marynarce, albo inaczej - możliwość jest, ale jej wizja mnie nie pociąga. Ostatecznie mógłbym "na kołku" w pracy powiesić "wyjściowe łachy" i się przebierać, ale to zbytni cyrk ;)
Za pośrednictwem internetu zakupiłem trekkingowy rower, taki model jak kilka miesięcy wcześniej kupił Yosa, tylko w innym kolorze - w końcu musi być jakiś wyróżnik. Dziś "skonfigurowałem" z Tatą rower na ostro i dokonałem jazdy próbnej. I wszystko cacy.
Dziś też musiałem po objęciu funkcji z-cy dyrektora wcielić się w nową rolę - otwierającego konferencję, "konferencyjnego" gospodarza. Niezbyt lubię publiczne, oficjalne wystąpienia. Na szczęście dość szybko ułożyłem sobie mowę wstępną, a cztery kolejne sesje miały swych przewodniczących. Ostatecznie przewinęło się 116 osób, co należy uznać za pozytywny wynik. Szkoda, że nie ma wieczornego spotkania towarzyskiego, bo przyszedł mi pomysł na zmontowanie pewnej grupy "zainteresowanych", a znacznie łatwiej szepnąć słówko referującym, gdy zejdzie już z nich ciśnienie występowe ;-)
Posiadam 4y rachunki bankowe, którym przyporządkowałem różne zadania. Można przyjąć, że bez matematycznych rozważań, metodami heurystycznymi dopracowałem się optymalnego modelu kont bankowych ze względu na moją wygodę. Jednym z banków z oferty którego skorzystałem 2 lata temu jest Aliorbank, reklamujący się jako wyższa kultura bankowości.
Wczoraj z niesmakiem stwierdziłem że moja karta straciła swoją funkcjonalność. Różne bankomaty wypluwają ją, nie rozpoznając. Oględziny wzrokowe potwierdziły, że karta posiada pewien stopień zużycia ("złachana" mechanizmami), jednak po pomoc mikroskopu skaningowego nie sięgałem. Dziś zjawiłem się w siedzibie banku, celem szybkiego wyjaśnienia jak najszybciej sprawić, by nadal korzystać z karty. Wpierw wypłaciłem kesz i przeszedlem do stanowiska indywidualnej obsługi. Pani siedząca tam poinformowała: za chwilę. Usiadłem sobie w fotelu i czekałem. W międzyczasie pani udała się na zaplecze, a pojawiła inna "klientka", pytając: o, nie ma Kasi? - Jest, wyszła na chwilę. Oho... koleżanka przyszła- bardzo szybko to ustaliłem obserwując sytuację. I gdy pani wróciła, w zasadzie już nie pani, bo udało się ustalić imię, więc gdy wróciła Kasia, zauważyła klientkę a do mnie rzekła: bo wie pan, ja mam umówioną panią...gdyby pan przeszedł do koleżanki... W ten sposób Kasia okazała się Kachą. Irytują mnie takie tłumaczenia, no bo nie umiałaś powiedzieć wcześniej, że będziesz zajęta? Guzik mnie obchodzi czy wypełniasz papiery, czy będziesz plotkowała z psiapsiółką. Jesteś w pracy, więc wykaż trochę "pomyślunku". W ten sposób moja osoba została "zepchnięta" do młodej dziewczyny, która wpierw zapytała czy nie nosiłem karty przy telefonie...ehehe.... no i czy czasem mechanicznie nie uszkodziłem...eh... W każdym bądź razie, dziewczyna umiejętnie swe pewne niedostatki merytoryczne potrafiła nadrobić sympatycznym obyciem. Ostatecznie zapytałem: dobrze, więc karta straciła swoją funkcjonalność, czy mogę bezkosztowo dokonać zamówienia drugiej karty za pośrednictwem bankowości internetowej? Tak, może pan, ale możemy to teraz szybko tu zrealizować. No dobra. Pyku, pyku na ekraniku i po 10 min dumny i szczęśliwy, że straciłem tylko 30 min wyszedłem. Po ok. 30 min dziewczyna zadzwoniła do mnie - panie Erneście, nie udało się zamówić nowej karty, więc niech pan w domu spróbuje. W domu pomimo prób, wyskakiwał komunikat błąd wewnętrzny. Ok, jestem tolerancyjnym człowiekiem. Empatycznie potrafię zrozumieć, że bywają takie dni i trudności. Dzwonie do konsultanta... sprawa tak i tak wygląda, proszę o pomoc. 10 min trwa weryfikacja i pada stwierdzenie: przepraszam, mamy jakiś błąd, proszę zadzwonić za 30 min...
Niech stracę, zadzwonię, chociaż to nie tak powinno wyglądać....
Minęło 45 min. Odbiera telefon dziewczyna. Opowiadam "historię choroby". A ta mi w międzyczasie zaczyna ględzić o nowym produkcie, o pinie telefonicznym, i żebym się rozłaczył i zadzwonił znów. Ręce mi opadły: to ja dzwonię z problemem, którego państwo nie potraficie rozwiązać, a pani mi proponuje nowy produkt??? Jak można proponować (czytaj wciskać) bubla produktowego, kompromitując się przy obsłudze tych już nabytych?
Zadzwoniłem 3ci raz. Tym razem sympatyczny konsultant ustalił, że karta będzie wysłana wkrótce. Cała ta historia skłoniła mnie do smutnych obserwacji, że czasami "wyższa kultura bankowości" oznacza nieumiejętność i niefrasobliwość w tej "średniej". Już raz podpadli mi w sytuacji z bankomatem w New Yorku, gdzie okazało się, że reklama o bezkosztowej wypłacie, to kit na kółkach.
Po raz kolejny wysłałem pismo z zapytaniami. Pierwsze jest w sumie retoryczne: - czy biorac pod uwage, ze ani oddzial, ani system elektroniczny nie potrafil mi pomoc, racjonalnym jest przedstawianie oferty przez konsultantke?
Drugie na pozimie konkretu: - jaką rzeczywista funkcjonalność ma karta debetowa, tj. orientacyjna ilość transakcji. Moje zaufanie do panstwa kart zmalalo. Chciałbym wiec chociaż w sposob szacunkowy obliczyć sobie techniczna żywotność karty.
I stawiam dolary przeciw orzechom, że odpowiedź zacznie się tak: dziękujemy za skorzystanie z oferty Aliorbanku, jednocześnie pragniemy poinformować, że...
pitu pitu.... To już druga żółta kartka. Czerwonej na razie nie ma, chociaż być powinna. Rozwód nastąpi w najbliższym czasie.
Protokół zawodnika, który otrzymał cwaję obnażył pewną formalną obskurność systemu uczelnianego, pomimo istnienia różnych mądrych i uczonych rozporządzeń, dokumentów itp. Gdy pojawiłem się w pracy, sekretarka przekazała mi informację, że w protokole należy "coś" uzupełnić, bo niejaka P. tak powiedziała. Co prawda nie wiem jaka to w tym rola P., więc informację zignorowałem. Ale gdy przypadkowo pojawiłem się na drugim gmachu, okazało się, że dokument leży u niejakiej B., która też nie wie co z nim zrobić. No, ale B. najpierw zadzwoniła do A., później do K., a ostatecznie nic się nie dowiedziała. "Kury szczać wam prowadzać"...
Wczoraj umówiłem się z E. na rowerowy wypad. Co prawda gdy wstałem ok 10 dzień wydał mi się mało zachęcający, ale gdy zadzwoniła i zapytała: "tata to jak z tymi rowerami", zdopingowałem się do wycieczki. 10 stopniowa pochmurna pogoda, to jest to co lubię, ale niekoniecznie fajne dla 15latki. Początkowo obawiałem trochę jojczenia w stylu "a daleko jeszcze, a zimno, a pić, a jeść" itd, ale moje dywagacje okazały się nieuprawnione. Obrałem tą samą trasę, z tym że przeciwny kierunek jazdy. Ta wielce wyrafinowana koncepcja pozwoliła mi uniknąć w początkowym etapie podjazdu, odwracając go jako zjazd na koniec ;) Narzuciłem sobie też jednostajną jazdę na przełożeniu wymagającym największej siły, tak by zmaksymalizować swój wysiłek. I przez te 58 km udało mi się nie zmieniać "biegów". Należy to poczytać za pewien sukces, bo moje początkowe wyprawy skutkowały "mieszaniem" po biegach, co mogło przypominać np. starego autosana słabnącego pod górką... kierowca redukuje biegi, aż w końcu nie ma co i powoli autobus zipie... ;) Obawiałem się, że po drodze zleje nas deszcz, ale obserwacja nieba skłoniła mnie do wniosku, że uda nam się przemknąć pomiędzy chmurami. Powiew od Wisły przypominał morski klimat, i chociaż brakowało zapachu np. śledzi, to zawsze otwarta w jednym miejscu obora pozwala "nadyszeć się ojczyzny" :D Przez te kilka dni zaszły ogromne zmiany w przyrodzie. Lasy zostały podmalowane jesienią, a każdych krzakach i zarośla kryje się jakaś tajemnica i niepokój, na bagnach zamieszkało złe mzimu, a po lesie pałęta się dytko na słomianych nogach...Brak promieni słonecznych rozgonił wesołość z pól i łąk, a posępny październik na dobre się rozgościł. I zdaje się, że między wierzbami będzie można spotkać diabła Rokitę, który będzie wybierał dziuple na komorne. Tak, zaszła zmiana w krajobrazie. I to jest piękne, brak monotonii :)
Dzisiejszy dzień spędziłem na obronach prac dyplomowych. Początkowo wystawiłem dwóch moich dyplomantów, ale jeden dowiedziawszy się, że więcej jak 3 z pracy nie uzyska, postanowił się wycofać. Drugi zaś osiągnął swe intelektualne apogeum i zaakceptował ocenę 3.5 W pakiecie obron dostałem do recenzji pracę pewnego profesora. Zgodnie ustaliliśmy ocenę na poziomie dobrym. I gdy zawodnik jako ostatni wszedł i w ciągu 15 min przedstawił pracę, padło proste pytanie, jedno, drugie a zaczęło się dukanie i głoszenie jawnych bzdur. Profesor zirytowany podziękował studentowi, ale po pewnym namyśle, postanowił zadać pytanie pomocnicze. Zawodnik wszedł i znów zaczął się kompromitować. Nawet zwykle jowialny mecenas de Basf zapytał: czy pan wykonywał samodzielnie pracę? Padło jakieś takie mało stanowcze: tak. Ostatecznie komisja postanowiła oblać faceta i do protokołu wstawiłem "cwaje". Pominąłem ten wpis w indeksie, bo raz, że tam nie ma miejsca na dwa wpisy o egzaminach, dwa - nie ma sformułowania "Nie zdał", a trzy - trochę niewesoło "narobić" komuś tak w indeks - jak później takie "cudo" pokazać? Oczywiście, gość może taki indeks schować głęboko i nigdy do niego nie zaglądać, ale świadomość wstawionej na papierze pałki pozostanie. Jeżeli ta praca była niesamodzielna, to jakim trzeba być lekkoduchem, by nie wniknąć w istotę tego, co i jak "pomocnik" zrobił.
Wczorajsze zebranie było inne niż dotychczas. Po raz pierwszy nie było na nim 5 osób, które trwale były wpisany w widok osób siedzących przy stole. Owszem czasami w cotygodniowych zebraniach brakowało kogoś co było związane z wyjazdami, ale sytuacja wracała do normy po powrocie. Teraz już tego nie będzie. I jakkolwiek zwykle zmiany mają charakter dyskretny, te dokonały się niejako skokowo. W sumie gdyby ode mnie to zależało,dokonałbym znacznie głębszych zmian na podwórkach na których istnieją faktyczne powody do ruchu maczetą. Jednak nie moja to wojna, więc i żadnych działań podejmował nie będę, bo dziadostwo i tak będzie kwitło niezależnie od moich życzeń.
Chciałem zmienić system recenzji prac dyplomowych, ale tradycyjnie profesor wykazał opór, używając ze śmiechem argumentu: "panie Erneście, proszę nie namawiać mnie do złego". Czyli zostało po staremu ze prace nad którą opiekę sprawował adiunkt może tylko i wyłącznie recenzować profesor. Ale prędzej czy później mam nadzieję, te kuriozalne postanowienie zostanie rozszczelnione... ;-)
Dziś znów był dzień rowerowy. Tym razem na wyprawę udało się nas 4ech. Była szansa na 5ciu, ale ostatecznie okazało się, że R. nie dołączy do paczki. Czterech zuchów podążyło znaną trasą. Jak zwykle pierwsze 45 minut odczuwałem dość "kryzysowo", to zmaganie psychiki z ciałem. Ale później następuje przełom i mogę bezkarnie pomykać dalej. Zarysował się plan na przyszły rok - szturm Kampinosu. Trasa wokół niego liczy co prawda 144 km, ale przy takiej determinacji i w dobrej kompanii, dystans nie będzie stanowił problemu. Dziś na miejscu zbiórki M. dotarł z opóźnieniem okazało się, że miał wypadek - tarczowy przedni hamulec spowodował, że fiknął przez kierownik, lądując na asfalcie. Należy więc oddać wyrazy uznania, że potrafił zmagać się ze sobą i będąc kontuzjowanym pokonywać kolejne km trasy. Sprawdza się twierdzenie: "te doktorki to tak lubią sobie pojeździć" :D Pisałem kiedyś o pewnym matole pełniącym funkcje technologa w pewnej formie, który w rozmowie nt pracowników politechnik i ich zleceń rzekł: "te doktorki to tak lubią sobie liczyć". :D Pewnie, doktorki lubią sobie liczyć, prowadzić symulacje numeryczne, prowadzić badania doświadczalne oraz rozwiązywać problemy. No... A po wyprawie 4ech można dodać za M., że doktorki lubią jeździć rowerami :D A co jeszcze lubią, to już niech pozostanie za kurtyną... ;-))
Dzisiejszy dzień postanowiliśmy wykorzystać na grillowanie. W tym roku diametralnie zmienił się mój kulinarny gust. Oczywiście nadal pozostałem miłośnikiem dobrego piwa, ale kiełbaski poszły w odstawkę. I gdy dziś moja niesamowita Niunia ;) przygotowała szaszłyki, me doznania smakowe osiągnęły apogeum. I wiem jedno..już żaden szaszłyk restauracyjny mnie nie zadowoli. I nie jest to stwierdzenie ukute w stylu: "kto raz się przespał z czarną, tego biała nie zadowoli", tylko potwierdzone głębokim doświadczeniem starego wyjadacza :D
Wczorajszy dzień znów wykorzystałem na rowerową wycieczkę. I gdy tak sobie jechałem naszła mnie smutna refleksja: hmmm, moje 4y litery przywykły do siodełka, a tu powoli zbliża się koniec sezonu i na wiosnę znów trzeba będzie "oswajać" mozolnie tyłek z siodełkiem :D Ostatecznie doszedłem do wniosku, że w chłodne dni też da się pojeździć, a w odwodzie jest rower stacjonarny. Jedno jest pewne - rower wrósł na stale w mój krajobraz czynności. Taka rowerowa wyprawa, to niesamowita bomba subtelnych doznań... podziwiania piękna, zmienności krajobrazu, zmęczenia, radości.
Kilkanaście dni temu wziąłem udział w W-wie w pracach komisji oceniającej wnioski doktorantów o przyznanie rocznego stypendium, całkiem zresztą wysokiego. Było to o tyle ciekawe doświadczenie, że były reprezentowane wszystkie dziedziny naukowe. To mi pozwoliło zapoznać się, czym w najbogatszym województwie "naukowy narybek" się zajmuje. Dość kuriozalne było to, że z mojej dziedziny nie wpłynął żaden wniosek z uczelni technicznych, lecz z wydziału prawa... Czyli kierując się sprzężeniem zwrotnym, może i ja powinienem z moją działalnością ewaluować w kierunku nauk humanistycznych? Pomyślę chwilę..o np. taka tematyka - Prawne instrumenty i ich skuteczność w symulacjach numerycznych procesów instalacji przemysłowych ze szczególnym uwzględnieniem wymiany pędu. Temat już na pierwszy rzut oka wydaje się innowacyjny....:D
Wrzesień zdominowały moje rowerowe rejzy. Tym razem za sprawą Marcjana została zmieniona trasa. Początki na tej nowej trasie były ciężkie. Gdy zmęczony niedzielną konsumpcją karkówki z grilla i alkoholu otworzyłem w poniedziałek rano oczy, pomysł rowerowej wyprawy wydał mi się niezbyt rozsądny. Przez chwilę naburmuszyłem się na samego siebie ;) Pierwsze 45 min szło dość opornie, na wysokim podjeździe koledzy mi odjechali na kilkadziesiąt metrów. Toczyłem walkę z samym sobą i gdybym jechał sam, zapewne zsiadłbym i poczłapał z rowerem pod górę. Ale skoro są współtowarzysze, to kuso jakoś wyjść na takiego leniwca. Więc cała naprzód! Wypiłem 1.5 litra wody, i odpowiednio nawodniony ruszyłem z kopytka. Tego dnia pokonaliśmy przeszło 60 km fajnymi trasami, pośród lasów i pól, okraszone scenkami jak ta gdy np. w mijanej szkole po boisku kręcił się woźny. Facio ubrany w czapkę maciejówkę i marynarkę, która zapewne pamiętała czas jego ślubu ;) Widząc takie scenki człowiek czuje się naocznym świadkiem mijających czasów, pewnego polskiego kolorytu...
Po 3 dniach znów zapuściliśmy się tą sama trasą, modyfikując ją na tyle, że udało się wyeliminować odcinek na którym panuje spory ruch samochodów. Trasa bardziej przebiegła wiejskimi traktami, tam gdzie koguty pieją: "pooo kielichuuuu" :D W pewnym odcinku na początku ścieżki rowerowej stoi zawsze dziewczyna lekkich obyczajów, dziewucha sprzedająca swe usługi. Sytuacja jest o tyle komiczna, że miejsce to znajduje się blisko ronda. I zjeżdżając z ronda w kierunku ścieżki wygląda to tak, jakby się szło do tego "burdelu na powietrzu". Obleśne dziewuszysko stosuje nawet pewne chwyty marketingowe, bo gdy ją mijaliśmy zanuciła pod nosem "oczii nebeskieee".
I gdy minęło kilka dni, po raz kolejny udaliśmy się na wycieczkę. 3cie podejście skutkowało wytyczeniem całkiem fajnej trasy, której widok zamieszczam poniżej.
I po raz 3ci pojechałem rowerem przetartym poprzednio dwukrotnie szlakiem. Pierwotny plan zakładał eksplorację nowych tras, ale z wycieczki w ostatniej chwili zrezygnował S., więc tym razem zdecydowaliśmy się z Yosą jechać "obczajoną" trasą, którą nieznacznie zmodyfikowaliśmy. Trasa ma niesamowitą zaletę - pełno zieleni i widok rzeki przypominającej krajobrazy nad Nilem. Sielsko, anielsko. Wczoraj odwiozłem Edwina na lotnisko, bo Irene czy jak tam zwał nawałnicę, trochę zamieszała mu w planach powrotu. Zmienność i nieprzewidywalność losu, to jest immanentna cecha ludzkiego bytowania. Jutro będzie rok, jak zmarł J. a ja do dziś mam wrażenie, że taki fakt nie zaistniał...
Dziś wybrałem się w trasę rowerową tym samym szlakiem co przedwczoraj, ale w składzie K, E i ja. Początkowo myślałem, że nie ma ich co forsować, ale moje obawy okazały się śmieszne przy ich kondycji. Trasę pokonaliśmy nie w 5 godzin, a w 4.
Przez ostatnie dni miałem w domu kolejno dwóch gości.Przyleciał E. ze USA i spędził kilka dni, a później odwieźliśmy go na południe Polski, po drodze zabierając R. Zatoczyłem pętlę 850 km. Generalnie przez ostatni rok moja ilość przejechanych km za kierownicą spadła o 10%. Przy rosnących cenach paliwach, doszedł racjonalny styl jazdy, co pozwoliło mi zmniejszyć koszty.
Ostatnio przyśniła mi się uczta, na której widziałem postać wstającego od stołu Fryderyka Wilhelma I. Moją uwagę we śnie przykuł kształt jego nosa... ;) Sen jak sen, różne głupoty widzi się we śnie. Ale gdy zerknąłem na postać Wielkiego Elektora, którą odmalował Matthias Czwiczek doznałem deja vu. Ostatnio czytałem sporo tekstów historycznych i zapewne te odejście od stołu było jakąś senną alegorią zrzucenia zależności lennej wobec Rzplitej przez kurfirsta. Natomiast uderzające podobieństwo wzięło się zapewne z wcześniej oglądanych i zakodowanych w pamięci obrazów.
Wczoraj na rowerze przejechałem 40 km, tym razem do wycieczki dołączył M. Świetne widoki rzeki otulonej zielenią dodają powera. Moje zmęczenie było śladowe, a poziom "rowerowego spełnienia" maksymalny. Jeszcze teraz słyszę śmiech dwóch kompanów... No i trasa poniżej, z której część pokrywa się z tą pokonaną pieszo w zimę z Romanem.