This game has no name. It will never be the same.
RSS
poniedziałek, 16 listopada 2009

Minęły trzy lata jak starałem się pomóc pewnej osobie w problemach. Przejąłem się wtedy, a zapis rozmów posiadam do tej pory. Cholerna empatia. Było to wszystko mieć w nosie. Dziś, z perspektywy czasu, widzę że pomoc była zbędna. Za dobro odpłacono złem. W wolnej chwili spłodzę opowiadanie na ten temat i mam już do niego tytuł: po pierwsze nie wpierd...j się ;-))) Każda sytuacja niesie pewną lekcję z której należy wyciągnąć wniosek. I ja wyciągnąłem kilka wniosków. Nikt postronny nie będzie próbował mi mieszać w życiu, a tym bardziej najbliższym mi osobom. Wiem, że czytasz tego bloga. Statystyki mówią o tym dobitnie. I wiem, że nie odpuścisz czytania. To dobrze, w którymś momencie będzie to wyrzutem sumienia. Oczywiście wiem, że życzysz mi jak najgorzej. Coś w stylu żeby mnie jakaś choroba zdmuchnęła z powierzchni. Tylko, że nie ty o tym decydujesz.  Amen.

 

20:33, ernest_pinch
Link Komentarze (4) »
środa, 11 listopada 2009

W ubiegłym tygodniu hucznie obchodziliśmy 176 urodziny Nobla. ;-) Oczywiście pod tym terminem kryją się urodziny Yosy, które zbiegają się z dniem i miesiącem Alfreda. Każdy z nas jest w sumie swego rodzaju wynalazcą; czasami rzeczy praktycznych, teorii wydumanych, bądź medialnie nośnych odkryć.  Kilka dni temu P. pokazywał mi @-mail od gościa z lubelskiego, który napisał do niego, że jest racjonalizatorem i prosi o konsultację w sprawie stosowanej mechaniki płynów. Bo gość szedł sobie i wymyślił, że w oceanie można wybudować takie ustrojstwo w kształcie menzurki z kielichem długie na kilka tysięcy metrów, które zastosuje się w elektrowniach. hehe Na świecie pełno jest różnych oszołomów, którzy swoje pomysły traktują jako dogmaty. Ale w tym przypadku, skoro gość myśli i szuka konfrontacji swych pomysłów to bardzo dobrze. Znaczy się w narodzie nadal tkwi gen "zrobienia cudów na kiju". I dobrze.

A dziś obejrzeliśmy film "2012". Nie będę pisał mojej recenzji, bo zawsze traktuję tego rodzaju wydarzenie, jako indywidualne w ocenie. W każdym razie warto było popatrzeć. I na koniec mnie naszła myśl, że prof. Wolszczan, który kiedyś stwierdził, że być może na kolejne odkrycia i poszerzenie krańców poznania powinniśmy zmienić cały nasz obecny system odniesienia, miał cholerne wyczucie. Może już większość w obecnych regułach gry osiągnięto, a żeby przejść na inny poziom rozwoju trzeba użyć innych narzędzi. To oczywiście nie stanie się za życia kolejnych pokoleń, bo np ropy naftowej wydobywanej z łupków bitumicznych starczy na przeszło 200 lat, ale szukać nowych narzędzi trzeba. Obecny rozwój świata to skostniała struktura, z niewydolną ekonomią.

20:14, ernest_pinch
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 listopada 2009

Odnalazłem bajkę z dzieciństwa o jeżyku z kultowym zwrotem "to futerko jest 
lepsze, to futerko mieć wolę..." Как ежик шубку менял

Link, który podaję obejmuje wersję w języku rosyjskim lecz sądzę, że Czytelnicy w przedziale wiekowym 35-40 przypomną sobie powiew dzieciństwa ;-) O ileż to inna bajka niz te współczesne, gdzie bandy monstrualnych potwórków uganiają się za sobą, mordują i emanują irracjonalizmem. Nie wiem, czy wyobraźnia twórców i postęp techniki poszedł w kierunku eksploracji bzdurnego pola, czy to metoda ogłupiania. A może to po prostu inne czasy...
Tydzień temu jadąc do pracy wysłuchałem audycji nt. systemu emerytalnego w Polsce. Bohaterem był pewien profesor z państwowej szkoły. Nie pamiętam już jego nazwiska, więc na roboczo nazwę go Klas Bonde. Otóż Klas Bonde rzucił kilka stwierdzeń, z których zaabsorbowałem takie:
- nie ma żadnego mitycznego worka św. Mikołaja z którego można wypłacać 
świadczenia emerytalne;
- ludzie powinni pracować do co najmniej 67 roku życia, a najlepiej jeszcze 
dłużej bo żyją dłużej;
- nie prawdą jest, że pracodawcy nie chcą zatrudniać starszych ze względu na 
ich wiek, nie chcą zatrudniać ze względu na słabsze nadążąnie za nowinkami;
- wszelkie inne kwestie nie dotyczą systemu emerytalnego.
Oczywiście z pierwszym stwierdzeniem zgadzam się. To jest oczywiste. Chociaż w Polsce, kraju ludzi o postawie roszczeniowej, nie jest to tak klarowne, że z próżnego i Salomon nie naleje. Im się należy i kropka. Kolejne słowa Klasa Bondego były już dla mnie popisem skromnej bazy intelektualnej. Bo co to znaczy, że jak będę pracował dłużej to otrzymam wiekszą emeryturę. Nie wierzę w swego rodzaju liniowość, że przyrostowi emerytury odpowiada przyrost zadowolenia człowieka powyżej 67 roku zycia. Pytanie czy ktoś woli powiedzmy 2 tysiące w wieku 67 lat, czy 2.5 tysiąca w wieku 72. Klas Bonde niestety pominął efekt, że mając na karku siedemdziesiąt parę lat patrzy się bardziej ma metę, niż na pole startowe. Założenie, że podsypie więcej keszu i ktoś to łyknie jest dość naiwne. Doprawdy w tym wieku nie musi być stać emeryta na samochód za 100 tyś, bo zadowoli go taki za powiedzmy 75 tys. Kolejna kwestia o słabym nadążaniu za nowinkami sensownie wygląda ale na papierze. Nie da się oszukać czasu i powstrzymać pewnych procesów życiowych skutkujących tym, że człowiek slabiej przyswaja i wolniej prze do przodu. A twierdzenie, że tu nie o wiek chodzi a umiejętności jest naiwne. No i wreszcie, że wszystko pozostałe to juz inna bajka... Skoro Klas Bonde zgłasza propozycję, powinien przedstawić rozwiązania, czyli co w zamian, jaki obrać cel i jak go zrealizować. Tymczasem zręcznie od tego uciekł, definiując tylko same warunki "brzegowe". Mam nadzieję, że tacy akademicy jak wspomniany Klas Bonde nie mają dużego wpływu na decyzje systemowe. Bo bez pewnej sensownej filozofii życia, bez naszkicowania jej "metodyki" nie da się na dłuższą perspektywę dokonywać trwałych zmian. Jeżeli dożyję iluś tam lat, to się przekonam jak to wszystko się potoczyło. Ale na dzień dzisiejszy wydaje się bardziej sensownym rozwiązaniem stać się rentierem ;-)
A wracając do dnia dzisiejszego dziś na obiedzie spotkaliśmy się z pewnym fachowcem, którego bliżej poznaliśmy miesiąc temu w Warszawie. Facet ma swoje lata i rzekł - jeszcze rok potrzymam firmę, chcecie to wykorzystajcie to, jej historię, adres, telefony, referencje itd. On nie patrzy na "ofertę" Klasa Bondego, bo w którymś momencie więcej radości sprawia życzliwa pomoc, niż kilka papierków więcej w portfelu...

21:55, ernest_pinch
Link Komentarze (4) »
czwartek, 29 października 2009

Skrobnę słówko, przy czym nie będzie to słowo niosące jakiekolwiek mądrości życiowe, bądź sensacyjne relacje w stylu w Wiśle widziano krokodyla spółkującego z hipopotamem, a pani Lusia ma serce rozdarte, bo pan Jasio jej unika. Życie podlega pewnym prawidłom, które rodzaj ludzki próbuje definiować i im hołduje, ale nijak to nie przystaje do losów. Ubiegły tydzień był dość "cieżki" pod pewnymi względami, ale ponieważ dotyczy spraw tajemnych psychiki, a oprócz miłych Czytelników zaglądają tu różne złośliwe i podłe persony, więc przemilczę :-)

Prezes zmienił siedzibę i gdy w środe patrzyłem na panoramę miasta z jego gabinetu, doznałem pewnego uczucia z dzieciństwa implikowanego pewnym serialem. Widocznie uczucia, nałozone na wspomnienia zapisują się w czymś co stanowi "archiwum człowieka" i stamtąd czasami wypadają niczym segregator z zakurzonej półki. Takie wpomnienia lubią też deformować się w snach. Pisałem już o tym 2 lata temu tu Ten sen był spersonalizowany. Oto zobaczyłem dwójkę kuzynów bawiących się z Rzesiem nad stawem i moja myśl po co tam poszli. Po chwili obraz ukazał mi Rzesia wpadającego do stawu. Zacząłem biegnąć z przyklejonym wzrokiem do Rzesia. A on siedział na dnie i się do mnie uśmiechał. Czułem ulgę, że się nie zachłysnął wodą i jednocześnie strach czy zdążę go wyciagnąć. Brrrrr, koszmar. Po chwili pływałem statkiem po Wiśle. Takim statkiem jakie kursują po Nilu. Rozmontowałem moje sny i dość szybko je przetransformowałem na język jawy.Jak tak dalej pójdzie, niedługo nadejdą sny związane z XVII wiekiem ;-) A to z tego względu, że wolne chwile poświęcam na własne studiowanie wojen polsko-szwedzkich. O gdyby tak przyśniła mi się np. moja potyczka ze szwedzką rajtarią bądź dragonami ;-) Ale dość majaków. 
Formalnie dostałem pod opiekę 7 nowych dyplomantów. Dokładając do tego 6 zaległych "maruderów" okazuje się, że dysponuje potencjałem pokaźnej grupy ;-))) Maruderzy milczą do dziś, więc prawdopodobnie nadal pozostaną statystami, natomiast z tych nowych 3 już się zgłosiło. Po pierwszych rozmowach widzę, że 2 jest błyskotliwych i ich prace będą się posuwały szybko. Pełni chęci, układni, jakby przed chwilą opuścili Korpus Kadetów. Pozostałych będę "mobilizował", bo według uchwały senatu, nieobroniony dyplom, nie kwalifikuje sie do zaliczenia godzin do pensum dydaktycznego. Przepis w moim odczuciu jest nieracjonalny a Yosa stwierdził, że możnaby sprawę zaskarżyć, bo w końcu opieka promotorska nie wynika z umowy o dzieło. Nie mam nigdzie nakazu, że mam wypromować tylu a tylu inzynierów i magistrów. Gdy postawiliśmy sprawę na zebraniu, Profesor stonował nasze stanowisko, że przecież tu chodzi o to, aby promotor udzielał ojcowskich napomnień zawodnikowi który ociąga się z pracą. 
W poniedziałek odbyłem przeszkolenie z tzw. pomocy przedlekarskiej. I to było bardzo ciekawe szkolenie. Niektóre "metody" uległy modyfikacji, a przy okazji dowiedziałem się, że istnieje stokilkadziesiąt rodzajów padaczki. Czyli generalnie w razie wypadku, jako przeszkolony, jestem przygotowany do próby podtrzymywania życia. Mam nadzieję, że nie będę musiał weryfikować swych umiejętności, ale lepiej byc przygotowanym. O ten krok do przodu...
Jutro mam nadzieję sfinalizujemy sprawę pewnego wniosku. Dziś czytając jego ostateczną wersję stwierdziłem, że pisanie idzie nam już sprawnie i szybko. I o to chodzi!
Pojawiła się też mozliwość prywatnego wyjazdu na Jamajkę, ale o tym na razie ciiii, bo wiele rzeczy trzeba jeszcze dograć.

15:56, ernest_pinch
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 października 2009

...tymi słowami Yosa skwitowal w czwartek pewnego amerykanskiego pracownika jednostki transferujacej wiedzę z uczelni na rynek, podczas naszego pobytu w W-wie. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu. A gość stwierdził, że w USA jesli przedsiebiorca kręci się koło uczelni to dobrze. To dobrze, bo przeciez płaci podatki i ma swego rodzaju prawo do publicznych pieniędzy. U nas niestety tak nie jest. Prywatny kapitał jest postrzegany jako coś stwarzajacego problemy. Może to po trosze wiaze sie z polską mentalnością, w której ludzie sa bardziej zamknieci niz otwarci i wolą strzelić z liścia niż podać dłoń, a może z medialnego pokłosia rozlicznych afer itp. Studia nadal w Polsce zbyt słabo kształtują wśród studentów postawę własnego "ja". System jest do bani i tyle. Jako ciekawostke polecam Wywiad z pewnym mistrzem filozofii. Kiedys z R. zalozylem Kolo Milosnikow Filozofii a rozmowy prowadzone przez bohatera wywiadu -patrona naszego koła, dały mi dużo... W pełni się pod tym pospisuje, co zawarł w wywiadzie.

23:01, ernest_pinch
Link Komentarze (8) »
niedziela, 11 października 2009

Niejako pisząc ostatnią notkę miałem wyczucie. Otóż wczoraj pózno w nocy (czy też dziś wcześnie w nocy) natrafiłem na pewien program w TVP Info. Rzecz szła o kraju ajatollaha Chomeiniego - Iranie (ja wolę określenie Persja). Zaczynając od spraw mniej ważnych - w programie, zauważyłem pewną analogię. Otóż zapewne każdy kojarzy, że pewne sprawy ze świata nauki zwierząt zahaczają o teorię mechaniki płynów. Już przykład lecącego roju szarańczy, czy płynącej ławicy szprotek sprawia wrażenie podobieństwa do cząstek znacznikowych w metodzie "particle image velocimetry" ;-) To tyle, żeby nie truć naukowymi metodami. W każdym bądź razie, program przedstawiał tłum zwolenników Chomeiniego. W religijnym amoku, histerii, szaleństwie. w skandowaniu "śmierć Ameryce", "śmierć Izraelowi", "Palestyna zwycięży". Było to coś na kształt tańca z elementami "symulacji ruchu zbiorowiska opętańców", jak sobie to na roboczo nazwałem. Ciekawe były obserwacje elementów tłumu - dało się zauważyć przystojnych facetów z zadbanymi buziami, w stylu "perski Ken", jak również osobniki, które określiłem mianem "diabłów tasmańskich" - braki w uzębieniu, wzrok półgłówka i ogólne wrażenie artystyczne dające się zebrać w słowo: nieszczęśnik. Istotną sprawą była jednak pewna historia człowieka. Czlowieka którego jeden z autorów programu filmował z okna teherańskiego hotelu. "Sledził" kamerą życie na dachu jednego z bloków. Znajdowało sie tam mieszkanie, w którym krzątała się kobieta, facet-totalny nygus obserwujący jej działania i jakieś dzieci sikające do wiadra. Facet był dość puszysty, z prostokątna wielką buzią i czarnymi wąsami. Wąsal. Wąsal co jakis czas siedział przed blokiem, bądż na gzymsie okiennym. Generalnie łaził z kąta w kąt i nic pożytecznego nie robił. A może i robil - w końcu nikomu nie dokuczał, a i dzieci woził moplikiem po ulicy. Może był pożyteczny jednak? :-) Ekipa filmowców zainteresowała sie wąsalem. Okazało się, że facet mówi po rosyjsku i w tymże języku przedstawił swoja historię życia. To był Rosjanin, mieszkający kiedyś w Moskwie, posiadający żonę i dwójkę dzieci. W latach 80tych na polecenie wyjechał do Iranu budowac elektrownię atomową. No i rzekł, że kobiety jako stroju uzywające czador itd itp spowodowały że kiedyś przypadkowo widząc kawalek nogi wystającej z owego stroju kobiecego, lekko się "nakręcił". Może i nie lekko - bo przy pierwszym spotkaniu był na tyle "skuteczny", że Iranka zaszła w ciążę. W tamtym kraju to straszna hańba dla kobiety. Zebrała się rodzina kobiety i niejako wskazała droge Rosjaninowi - masz ją pojąć za zonę, a twoje przeszłe życie nie ma znaczenia. Facet chciał prysnąć, ale pozbawiono go dokumentów do wyjazdu z Iranu. Chcąc, nie chcąc został "zablokowany". I to bardzo trwale. Z czasem nawet chyba się pogodzil z losem, a i przyjął go za los szczęścia, w Moskwie żona miała z nim równorzędne relacje, a tu to on był panem i władcą - "dorobił" jeszcze dwójkę dzieci. Ciekawa była jego świadomość polityczna. Otóż gośc stwierdził, że to Chomeini rozwalił ZSRR. Bo wysłał do Gorbaczowa list w którym pisał, żeby Kraj Rad przyjął islam, bo państwo bez religii ulegnie zagładzie. Ale Gorbaczow zignorował list. No i prosze, stalo sie tak jak to "przewidział" Chomeini....
Wniosek jest więc prosty - zablokowanie może wydawać się tylko pozorym odebraniem pola manewru zyciowego. W dłuższym rozrachunku to może byc otwarcie oczu na światopogląd i wypłynięcie na szersze wody (w tym wypadku niestety męskiego szowinizmu).

18:59, ernest_pinch
Link Komentarze (6) »
piątek, 09 października 2009

Wczoraj dzieki Rodzicom udało mi się załatwic ważną sprawę w pewnym urzędzie. Najpierw dwukrotnie moje dzialania nie przyniosły zamierzonego celu, dopiero 3cie podejscie zakonczyło się sukcesem. Wielkie podziekowania dla Taty! Sprawy urzednicze maja to do siebie, że wymagają pewnego podejścia, które nazwę algorytmicznym. Więc chociażby nie wiem jak procedura była idiotyczna, nalezy ja przejść-wykonując kolejne iteracje. Oczywiście, można dyskutować, gdy człowiek musi określić stan cywilny małego szkraba jako kawaler, bądź panna, czy jest to racjonalne. Mozna mieć wątpliwości gdy 2letniego delikwenta czy delikwentke trzeba zaszeregowac pod względem wykształcenia - niepełne podstawowe. Ale takie są reguły gry, skoro ktoś kiedys nie pomyslal o dodaniu wiersza dotyczy/ nie dotyczy dzieci. I jestem zadowolony, ze wreszcie ta sprawę sie udalo zalatwic, bo rozne przyczyny niezalezne ode mnie mowiąc slowami Wojtka z W. "blokowały mnie". Tu pewna dygresja - będąc w Turcji poznałem pewnego gościa - Wojtka z W., który mienil się biznesmenem. W obejściu był dośc jowialny, a i lubił się chwalic do tego stopnia, że w ktorymś momencie to co mówił wpuszczałem lewym uchem, a wypuszczałem prawym. No i Wojtek kiedyś opowiadając o swoim zyciu, powiedział że się rozwiódł - uzasadnienie brzmiało mniej więcej tak: "wiesz, nie rozumieliśmy się, po co się męczyć, chodzi o to, żeby kogoś w życiu nie blokować". No więc własnie, teoria blokowania. Nie pożyczyleś komus kasy - zablokowałeś go. Zabronileś komuś czegoś - zablokowaleś go. Nie blokuj. ;-))) Teorię blokowania ostatnio dość dokładnie wyłożylismy A. z K. I trzeba przyznać, że uczennica okazała się pojętna (albo nauczyciele wybitni), bo złapała to bardzo szybko . ;-)))
Dziś za to wrócił pewien "koszmar" sprzed lat 12. Otóż kiedyś miałem w zwyczaju pisanie opowiadań, które pokazywalem wybranym osobom. Generalnie dotyczyły one scen z pracy i kończyły się pewnym wnioskiem. Pierwsze opowiadanie dotyczyło niejakiej Lusi i nosiło tytuł "Dlaczego pani Lusia nie mogła wypić herbaty". Wtedy , 12 lat temu gdy pisałem to opowiadanie, nie znałem jeszcze teorii blokowania. Bo dziś konkluzja byłaby jedna - zablokowałem ją. Kobita nie mogła wypic w spokoju herbaty bo przyszedł jakiś typek i chciał załatwic sprawę, do których ona zostala powołana. Sytuacja wyglądała mniej więcej tak, jakbyś Czytelniku wsiadł do taxi na postoju, a taryfiarz ociągał się w takim stylu ściskając kubek z herbatą, że poczułbyś wyrzut sumienia. Wyrzut, że zawracasz czlowiekowi głowę. Może on przyjeżdza na postój pić herbatę, a tu mu włazi ktoś i życzy sobie kursu. Bezczelność wyjątkowa! Ale było - minęło. Opisałem sutuację i minęły lata. Dziś zjawilem się u Lusi z pewną sprawą. Zastałem ją otwierającą buzię w której znikała kanapka z jajkiem. Mimo wczesnej godziny - Lusia konsumowala. Ale przynajmniej teraz dowiedzialem się, że tymi sprawami o które mi chodzi zajmuje się Anisia czy Anusia ( nie doslyszałem, nie z powodu brudnych uszu ale z racji specyficznego mówienia Lusi). A własnie się okazało, że Anisia czy Anusia wyszła i wróci za 15 minut.Pies to ganiał, 15 minut mogę poczekać, jednakże realnie okazało się, że czekałem minut 50. O qr.............a!!!!! Trzymajcie mnie bo nie wyrobię. Dobrze, że nie doszlo do morderstwa! :-) Na całe szczęscie gdy pojawiłem się w pracy humor poprawiło mi kilka spraw. Bo jakby nie patrzył, los czuwa nad człowiekiem, by go w danym dniu nie blokować ;-)))

15:35, ernest_pinch
Link Komentarze (2) »
środa, 07 października 2009

Tytuł notki nie wiąże się z podstawowym prawem ekonomii, czyli tzw. "zasadą rakiety", która głosi: nie odpalisz- nie wystartujesz. To po prostu pokłosie przetestowania kominka. Efekt wklejam poniżej. Od razu cieplej ;-)

17:49, ernest_pinch
Link Komentarze (16) »
piątek, 02 października 2009

... moja próznośc została nakarmiona nagrodą zespołową JM Rektora I stopnia za osiągnięcia naukowe w roku 2008. Plany były co prawda inne, ale wyszło jak wyszło. Nagrodą gardzić nie należy, bo zresztą poprawiła mi bilans finansowy miesiąca. Szkoda tylko, że nie można podjąć za to nagrody, za co Yosie i mi się należy. Ale czort z tym, prędzej czy później - odbijemy sobie trud pracy. Dziś gdy w pracy czekaliśmy na uroczystość inauguracji roku akademickiego nieoczekiwanie pojawił się K-Prezes. Okazuje się, że na rynku usług w których się obraca nie ma forsy, panują jakieś kolosalne zatory pieniężne i jak sam stwierdził ciągnie na "bezdechu". Ale nawet tonąc, człowiek zawsze może przyłożyć słomkę i zasysać powietrze (o ile potrafi). Po 15 minutach rozmowy my się musieliśmy zbierać i trójstronna konkluzja brzmiała: będzie dobrze. Będzie dobrze, bo musi być dobrze i nie ma innego wyjścia. Na samej uroczystości jak zwykle pojawiło się wiele znanych oficjeli. Część takich lokalnych, część znanych na forum krajowym. Niektóre z tych osób zawsze mi uświadamiają to, ze w Polsce nadal, tłumacząc obrazowo, z kolesia podającego piłki na boiski okręgówki, można stać się tuzem decydującym o składzie drużyny grającej w ekstraklasie. Oczywiście taki proces "awansu pionowego" jest sprawą naturalną, ale jeśli awansuje osobnik, którego jedyną umiejętnością jest to, że jest jaki jest, to świadczy o degrengoladzie mechanizmów politycznych. Ktoś powie: co ty chrzanisz Erneście, znasz człowieka? Ano właśnie, że wiele osób obserwowałem i znam, i dlatego mogę oszacować ich potencjał niczym wartość spółki giełdowej. W tego tegorocznych wystąpieniach zwróciłem uwagę na dwa - prof. K i prezesa J. Profesor K. to nie tylko naukowiec z najwyższej półki ale i orator. Z przyjemnością można posłuchać jego słów. Natomiast prezes J. przed latami stworzył wizję rozwoju najpotężniejszego koncernu polskiego. Później w wyniku politycznych przetasowań i tendencji rządu obsadzenia stołka przez politycznego "przydupasa" stracił stanowisko na rzecz człowieka znikąd. W taki oto sposób potraktowano człowieka, który stworzył podwaliny pod rozwój. Na szczęście talent nie zmarnował się. Odnalazł się i wykorzystał swój potencjał w innej firmie. A to co mówił było bardzo cenne. Cenne dla takich ludków jak Yosa i ja, którzy nie będąc osadzeni w spółeczkach w których macza swe marnotrawne łapska skarb państwa, bądź inny podmiot "polityczny", ciągniemy do hangaru w którym skręcimy wlasny wózek i na nim sobie pojedziemy. ;-)

19:27, ernest_pinch
Link Komentarze (2) »
środa, 30 września 2009

Tytuł notki jest nieco prowokujący, ale jego zasadnicza treść jest uniwersalna.Doszedłem nawet do wniosku, że stanowi swego rodzaju wprowadzenie do zasady, którą można implementować na różne dziedziny zagadnień życiowych. Napiszę o tym później. Końcówka ubiegłego tygodnia pachniała tym, że byłem bliski odtrąbienia zakończenia kilku spraw, niczym trębacz po zwycięskiej bitwie zwołujący na ucztę na pobojowisku. Już nawet trupów przeciwników nie warto obdzierać z kosztowności, tylko po uprzątnięciu - udać się na ucztę. No nie, nowy tydzień pokazał, że pewne sprawy jeszcze na widnokręgu majaczą niczym widmo i upiory przeszłości. Nihil novi. Sinusoida nastrojów życia. Z wartości ekstremalnej euforii zjeżdżasz tyłkiem w dołek. Ale i w tym należy dostrzec wartość pozytywną - nie walisz tyłkiem po schodkach, tylko jedziesz rynną. :-) Z fasonem panie dzieju, z fasonem. Więcej nie ma sensu o tym pisać. 
Wczoraj udalo mi się wypromować dwóch inżynierów. Wziąwszy pod uwagę, że mam na koncie jeszcze 4ech zaległych należy uznać wynik za los na loterii. Obu wystawiłem z pracy ocenę 3.5. Później na tle innych broniących się zawodników przemknęła mi myśl, że może trochę za slabo ich oceniłem. Ale... w końcu trzeba byc realistą i nie szukać odniesienia, że jakiś inny promotor stawia 5kę. Oceny dla obu prac były identyczne, ale ich autorzy całkowicie rózni. Pierwszy - "zaoczny", o wysokiej kulturze bycia, pracowity, sumienny, ale konsultujący każdy ruch, niepewny tego co robił. Drugi - "dzienny", w tym co robił "otrzaskany" z inicjatywą, ale totalnie zagubiony komunikatywnie, sprawiający wrażenie "zahukanego". Z 1szym wymieniłem kilkadziesiąt @-maili, z drugim - dwa. Pierwszy teorię "przeczesał" szerokim frontem z ciasnym wkladem własnym, drugi - wąskim ze znacznym wkładem własnym. To pokazuje, jak za oceną pracy wyrażoną wartością liczbową mogą kryć się rożne przypadki. 
Wczoraj też odbyliśmy wspólnie z Yosą rozmowę z pewnym gościem. Pojawił się pewien cel - zaistnienie w tzw "europejskiej przestrzeni badawczej". Gość ma sporo kontaktów, niezłe doświadczenie i na bazie tego można by dokonać pewnego "montażu" i zawnioskować o jakieś (skromnie licząc) 4 mln EUR ;) Czasami te sumy wydaja się księżycowe, nie do skonsumowania, ale biorac pod uwagę skalę zamierzeń, są to wartości zupełnie średnie. I nawet jeśli teraz, w tych warunkach - z zamierzenia nic nie wyjdzie, to nie ma co się przejmować. Bo będa inne pomysły, i nowe rozdanie kart. A w trakcie pomiędzy rozdaniami kart, trzeba doskonalić swój cel i jego opis, w ten sposób, by nikt nie mógł "uwalić" pomysłu. Nasz rozmówca nazwał to mniej więcej takimi słowami: "choćby nie wiem jak to cię wqrwiało, czytaj krytyczne odniesienia innych do swego pomysłu". Słowa zgrzebne, ale z ich zgrzebności może zawsze się narodzić... coś pięknego ;-)

23:09, ernest_pinch
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 września 2009

W środę ukladałem tematy prac dyplomowych dla swoich przyszłych dyplomantów. Początkowo zapaliłem się do czynności myslowych obejmujących wygenerowanie ambitnych tematów skutkujących odbyciem przez dyplomanta przygody intelektualnej. Przygody w której nie tylo rozwiąże jakis problem, ale nauczy się pewnego podejscia, otrzaska z radzeniem sobie z problemami a w konsekwencji poczuje się pewnym, wartościowym inżynierem. Ale po chwili zakradła się mysl: po co strzelasz z armaty do wróbla, po co prokurujesz sobie w przyszlości problemy. Czy naprawdę jesteś tak naiwny by sądzić, że trafisz na perłę, która swym blaskiem oświetli swoją pracę? Po co mi marudzenie, że "a tego w internecie nie ma", "a ja pracuję", "a muszę jechać do Warszawy?". Nie. Nie jestem naiwny. Tematy "skroiłem" w ten sposób, że jeśli ktoś będzie chcial rozwinąć skrzydła, to je rozwinie, jeżeli będzie chciał poświęcić czas - na trójkę dociągnie. Ja nie mam zamiaru się przejmować tym, czy komus chce się ruszyć tyłek, czy nie.
Dziś rano pojawiłem się pod firmą N., który obiecał wykonać materiały reklamowe. Jak zwykle spóźnił się, a ponieważ z czasem było kuso, to czekałem na parkingu. W końcu usłyszalem świst powietrza wydobyty z ust N. i ujrzałem jego postać z komputerem pod pachą. Co to? To twój laptop? A może bojąc się kradzieży nosisz komputer do domu? ;-) "Wziałem go do domu, bo myslalem ze popracuję, ale g... z tego wyszło..." Gdy otwierał swoje biuro pojawiły się jakieś osoby z innych firm, które go znają i oczywiście widząc ten komputer nie omieszkali "pojechać": ej, człowieku, czy ty nie wiesz, że istnieje coś takiego jak laptop?" :-) Material który N. wykonał bardzo mi się spodobał, dlatego oszczędziłem mu złośliwości "mój "laptop kosztowal 18 tys., to chyba więcej niż jest wart twój furak" ;-) N. bardzo lubi tego typu "dialogi" :D Udałem się na swój posterunek gdzie juz "zalogował" się Yosa. Obaj obejrzeliśmy 2 metrowe dzieło N. i obaj się bardzo nim kontentowaliśmy. No wreszcie N. zrobił, co miał zrobić pół roku temu. A po pewnym czasie Yosa siedząc przy kompie zakrzyknął wesoło. Okaząło się, że nadeszła bardzo budująca wiadomośc. Praktycznie moznaby ją skomentować słowami: jesteśmy u bram raju, pukamy do niego. To bardzo nastroiło nas optymistycznie. Zacząłem nawet snuć pewne wizje, ale Yosa stwierdził, żeby sie nie nakręcać, bo i tak w przedmiotowym temacie nic od nas nie zależy. Racja, bo ostatnio pewien lokalny koncern udowodnił, jak durnowato traktuje pewne sprawy (co zresztą było do przewidzenia, ale do mnie to nie docierało, bo sądziłem, że glupcy nie są aż tak głupi, a klika nie jest taką kliką jaką się okazała). Dlatego tamtą sprawę, podsumowałem słowami: a pies was... Po godzinie udaliśmy się w pewne miejsce, gdzie nas "zaangażowała" prośba profesora. I wniosek jest jeden: nigdy więcej tracenia energii w zadaniach, gdzie cele nie są zdefiniowane, nie ma żadnej mysli przewodniej, a rządzi idea "pospolitego ruszenia". Dosadnie to nazwał pewien zacny profesor, ale ponieważ blog czytają również (niestety) osoby pruderyjne, oszczędze cytatu. Od Taty dostałem literek wiśniówki i to jest kolejna pozytywna sprawa, która "tuli" niedostatki dnia dzisiejszego. Na zdrowie! :-)

18:43, ernest_pinch
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 września 2009

Próbowało się i do mnie dobrać jakieś przeziębienie, czy jakies inne cholerstwo. Ot doznałem uczucia, że oto po gardle ktoś mi przejechał papierkiem ściernym, a w głowie mózg kolebie się niczym piłka toczona po kocich łbach. Ale moja kuracja, rosół Mamy sprawił, że cudownie ozdrowiałem :-D Cud mniemany, czyli Ernest i jego metody! ;-) Choroba bardzo dokuczyła też K., ale dzięki temu i owemu wychodzi na prostą :-) Jesienne klimaty psują mi "muchi". Ni z tego, ni z owego pojawiają się jakieś osowiałe muszyska, które padając psują me poczucie estetyki. Nie cierpię tych owadów, brrrr. Co wejde do naszego biura - napotykam leżace kadłubki. Chce prztyknąć listwę - leży coś, odsuwam wertykale - a jakże na parapecie kolejne "zwłoki". Chyba to okres, gdy grzybica dziesiątkuje muchy, ale w tym roku wyjątkowo to daje się zauważyć. Co innego żywy owad, który można "zdjąć" procą, bądź packą, a co innego takie truchło :-D Nie no, okropność. Dość o tym badziewiu. Dziś bylismy z Yosą w W-wie. Pierwotnie celem było zaliczenie oficjalnego spotkania w pewnej instytucji i posłuchania o mozliwościach dorzucenia tego i owego do europejskiej przestrzeni badawczej, ale dzień wcześniej udalo się uchwycić kontakt do pewnego człowieka, na którego spotkaniu nam zależało. Samo spotkanie tradycyjnie prowadził "akademicki ględuła". Pitu pitu pitu pitu pitu pitu. W zasadzie już p 15 minutach było wiadomo o co chodzi i o czym facet powie w minucie 30tej, 60tej itd. Gdy doszło do dyskusji, ludzie zaczęli zamiast pytań zwyczajowo "mendzić" o swoich bolączkach życia zawodowego i chrzanić nie na temat. Prelegent wpadł w pulapkę rozmowy z owymi pieniaczami, więc uznaliśmy, że nadszedł czas na opuszczenie zacnego grona. Wykonałem telefon do naszego "kontaktu" celem zorientowania się czy jest wolny i możemy się "styknąć". Spotkanie nastąpiło po jakiś 30 minutach, bo zwyczajnie pomyliłem budynki. W końcu udało się i w pewnym "zacnym" barku odbylismy rozmowę. Na początku krótkie "intro" - skąd geneza spotkania itd. I było to bardzo wartościowe spotkanie. Facet podzielił się swoim doświadczeniem, a to o czym mówił pokrywało się również z naszymi odczuciami. Wspaniała sprawa, gdy rozmówca nadaje na tej samej częstotliwości z marszu, gdy nie trzeba się wzajemnie dostrajać. To takie "turbodoładowanie kontaktu". Ustalenia ostatecznie były takie, że nasz nowy znajomy przez tydzień dokona pewnych ustaleń, później miesiąc będzie pływał po Morzu Środziemnym, a ostatecznie odwiedzi nas i wtedy będziemy jeszcze mądrzejsi niż teraz jesteśmy :D Swoją drogą, nadałbym facetowi roboczy tytuł "angel of knowledge", ale na razie się z tym wstrzymam, albowiem "po czynach poznamy go". :-) Cóż, miasto w którym mieszkam to mentalny grajdołek na szersze zamierzenia, mniejsze pole manewru, słaby rynek, ale jedno jest pewne - kto nie próbuje, ten nie ma. :-) Wracając komentowaliśmy z Yosą napotkane furaki, bo Yosa przymierza się do zmiany auta. Akurat jechały jakieś dziadki soul'em. Niebanalne auto, kto wie - może Yosa je zakupi...;-) I w którymś momencie przysnąłem, bo jak kiedyś pisałem silnik alfy mnie usypia. I nagle nastąpilo szarpnięcie spowodowane nagłym hamowaniem. Jak się okazało powodem byli jacyś za przeproszeniem zasrańcy w szrotowozie typu golf I bez świateł stopu... 
Wczoraj dokonałem "odwróconej dekantacji" na miętówce. Zlałem 2 litry do butelek, a 2 litry jeszcze zostało w gąsiorku. Nadal jest to mocny trunek. Może nie jest to "napalm pośród alkoholi", ale np. K. wymiękła :DDD (no dobra, chore gardło ją usprawiedliwia). Więc teraz idę sobie nalać kieliszek... a tam gdzieś w oddali w czasoprzestrzeni zamajaczył cień opadającej "muchi".....

22:36, ernest_pinch
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 września 2009

Dużo czasu zajmuje mi ostatnio użeranie się z poprawianiem prac dyplomowych. Rekordzista podchodzi bodajże 5ty raz do ukończenia studiów, a co kolejna poprawka to materiał oddaje gorszy. I tak w kółko. Na dodatek pojawiły się problemy z recenzowaniem prac, bo regulaminowo może tą czynność wykonywać profesor. Ostatnio nawet wkurzyłem się i powiedziałem: żeby te prace w myśl zasad profesora odpowiadały wymaganiom, to powinienem je sam pisać. A on odparł, że mam swoich dyplomantów zmusić do prawidłowego pisania. Skończyłem właśnie pierwsze czytanie dostarczonej pracy. Przyniósł ją niepozorny, cichy, nieśmiały facet. Ilośc popełnionych błedów stylistycznych jest spora, ale wkład myślowy jest sensowny. Nie mniej jednak, przebrnięcie przez 60 stron i nanoszenie poprawek to czynność męcząca. Na obronach odnoszę wrażenie, że profesor zbyt mocno "ruga" dyplomantów. Oto wczoraj odbywały się obrony i przypadkiem byłem świadkiem jak jeden "zawodnik" objaśniał wykres na którym przedstawił wyniki. Profesor od razu skomentował: gdybym ja otrzymal takie wyniki, to bym je schował i nikomu nie pokazywał, a pan sie nimi chwalisz.... Gość coś tam dalej tłumaczył, ale na moje wyczucie, jego myślenie już zostało wyłączone, był spiety. A co ciekawe pierwszy raz widzialem faceta w garniturze. Wczesniej na korytarzach widywałem faceta w bluzie z kapturem, "portkach" z krokiem przy kolanach i wlosami jakby przed chwilą piorun strzelił w łepetynę. Jeszcze tylko deskorolkę dac pod pachę i wypisz wymaluj kolo ze skateparku :D

Wczoraj bylem na zebraniu rodzicow u E. Ciekawa wychowawczyni klasy. Uczy polskiego, ale odniosłem wrażenie słuchając wypowiedzi, że jak zaczyna zdanie to mowi o czym innym, i jak kończy też mówi o czym innym. Pod tym względem przypomniał mi się pewien minister, którego często mijam. Duet K&K jest chory a i mnie głowa boli (z przepracowania, hehe).

Aaa, a jutro wraz z K. w pracy pchnę pewien wniosek na pewien konkurs. Co prawda towarzystwo organizacyjne jest mocno szemrane, ale będzie to taki "próbny balon". Co prawda opis trzeba wykonać tak, aby nie odsłaniać kart, żeby ktoś nie podbierał gotowych pomysłów, ale nie powinno to nam nastręczyć trudności. Bo sięgamy dalej niż wzrok sięga :D No i pare euro mozna ugrać, a skoro mówią, że car po kopiejkę to się schyli, a po rubla to i przyklęknie, to jak tu pogardzić możliwością przyklęknięcia do puli w której jest kilkaset tysięcy EUR. Nawet nie wypada! :D

23:02, ernest_pinch
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 września 2009

Przypomnieliśmy sobie ostatnio trochę dawnych filmów. Śmiechu było co niemiara, bo pewne teksty są uniwersalne do dziś.  Weźmy np film "Wielki Szu". Co prawda zakończenie, że Szu ginie niezbyt mi odpowiada z tym niedomówieniem, kto go "sprzątnął" - Lipo, Denel, Mikun - ale i tak gra słów ociera się o mistrzostwo... Wiele jest takich filmów, które stanowią moją "skarbnicę ekranu/monitora". I jak kiedyś powiedział TZ, że z kobietami jak z książkami - "wszystkich nie przeczytasz", to można to i odnieść do filmów - "wszystkich nie obejrzysz" :D Ale część (filmów) można uchwycić, zaprząc. Gdy obejrzałem z Córką film "Charlie i fabryka czekolady" to ścieżkę dźwiękową wykorzystałem w zestawie moich dzwonków telefonicznych. Willy Wonka, Willy Wonka, The amazing chocolatier! Willy Wonka, Willy Wonka, Everybody give a cheer! He's modest, clever and so smart, ... Hehehehe.

W zasadzie ta notka miała być o czym innym i już wracam do tematu przewodniego. Tematu "pseudo chrześcijan". Słonimski bodajże kiedyś stwierdził "Polacy - tak wielu przyjęło chrzest, a u tak niewielu się on przyjął". Stwórca - chrześcijański wskazuje by miłować nie tylko bliźnich ale i nieprzyjaciół. A co zauważa się u tych, którzy mienią się świętszymi od papieża, gotowymi układać relacje międzyludzkie wedle swego pojmowania i w swym zaślepieniu gotowi innych "zjeść"? Myślę, że często wprost przeciwne przesłanie. I pozostaje smutna konkluzja. Że oto Stwórca, te oszołomstwo pozostawił - na pastwę demonów, pastwę złego mzimu, które ich ustami truje otoczenie i pomstuje. A rolą takich chociażby grzeszników jak ja jest to, aby Stwórca wrócił do owych oszołomów, bo złe mzimu nadal będzie ich wodzić po bezdrożach ... ;-)

19:45, ernest_pinch
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 września 2009

Ależ dziś wstałem (pauza - jakiego tu użyć słowa) "złachany". Ale jak się w nocy nie śpi, to później i efekty takie, hehe. A spać nie lubię bo śnią mi się ustawicznie jakieś bzdury. Psychika żyje wieloma sprawami i niestety nie da się nacisnąć przycisku "wył.". Przypomniał mi się w tym momencie docent P., który kiedyś powiedział "jak nie mam co robić to śpię." :D Zagadkowa postać, której w sumie sporo zawdzięczam - w tym sensie że (pauza- wysilę się na obrazowe porównanie kojarząc technikę z poezją) w mrokach zawodowej piwniczki przyświecił latarką wskazując które dziedziny są warte poznania.

Przedwczoraj stwierdziłem, że pewien dorosły facet nie potrafi obliczyć pola powierzchni wycinka koła. No i weź tu tłumacz. Co chwila: a teraz dobrze? nie. a teraz? nie. a teraz? nie. a teraz? qrw..........a!!!!!!!!!!! W końcu wziąłem się za obrazowe tłumaczenie i rzekłem. Załózmy, że spotkał pan dobrą babcię, z workiem obwarzanków. Obwarzanki to właśnie części naszego urządzenia i niech pan zapomni że są wykonane z aluminium. Kąsamy fabułkę? Tak. No i się okazało, że obwarzanki są troszke wilgotne. Ale pojawił się dobry czarodziej, który miał ciepłą różdzkę (prosze bez skojarzeń) o średnicy odpowiadającej średnicy dziurki w obwarzanku. I powiedział do pana: Pożyczę ci różdżkę, a ty ponatykaj obwarzanki i wysuszysz swoje obwarzanki. Kapujemy? Acha, a ta różdżka to taka rurka? Tak, taka rurka. I pan załadował na różdżkę 12 obwarzanków. I teraz prosze sobie wyobrazić myślowe przecięcie obwarzanków poprzecznie do różdżki. I to niestety przekroczyło zdolności przyswajania mojej bajki. Gość patrzył się na mnie  a jego twarz wyrażała wątpliwość: przecież w bajce nie było noża.
Ostatecznie osiągnąłem sukces bo facet przysłał poprawne obliczenia i schematy. No dobra, to ja może idę zjeść pizze z malusią dziurką, co by analogia do obwarzanka była ;-)

16:09, ernest_pinch
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 07 września 2009

Czuć powoli nadciągającą jesień. A co za tym idzie, trzeba się do niej "przygotować". Zachęcony wyrobami winiarskimi Krzysztofa i Roberta, tudzież nalewkami Prezesa, nabrałem ochoty na eksperyment. W tym celu zaopatrzyłem się w 2 litry spirytusu a dziś z miejsca położonego pośród lasów i pól przywiozłem miętę. Co wyjdzie - zobaczę. Mam nadzieję, że będzie to godna nalewka czynności rozpalenia w kominku. Widok gąsiorka z miętą, cytryną zamieszczam poniżej. Zaparkował obok "absynta" - bardzo magicznej gorzałki, która niejednemu zresetowała pamięć. Co prawda mój absynt jest czeski, ale w końcu nie rzecz w tym by złapać króliczka, lecz gonić go... ;-)

20:09, ernest_pinch
Link Komentarze (10) »
niedziela, 06 września 2009

Kiedyś powiedziałem do Krzysztofa, że z każdej sytuacji będziemy wyciągać doświadczenie i wnioski, które zaprocentują w którymś momencie. I o ile kiedyś nasze działania przypominały ostrożną grę w karty, o tyle teraz możemy pozwolić sobie na więcej. Pewne sprawy nabierają rumieńców. A gdy dojrzeją, wtedy pyk spadną w podstawioną czapkę ;-) Prezes podesłał mi zdjęcia z naszego spotkania i poufnych rozmów i teraz gdy je przeglądam, cenię sobie że nasze trio jest naturalne w zachowaniach. Nie ma tam sztucznych gęb, wyniosłych odruchów, czy głupawych zagrań. Po prostu każdy ma świadomość swej roli do odegrania. Na dodatek rozmowy są prowadzone na tej samej fali. Pamiętam jak podczas pobytu we Włoszech w pewnej fabryce napotkałem członka zarządu pewnego polskiego koncernu otoczonego grupą schlebiających mu klakierów, którzy miast trzymania pędzelków i rysowania na butach oszołomiastego typka wiechci, kadzili mu w każdym momencie. Prawdopodobnie dlatego i pojechali ze swoim "guru". W krótkich rozmowach facet pękał jak bańka mydlana. Wtedy zapytałem Profesora: kto zatrudnił takowego "tłuka". A on odparł, że to polityka, czy coś w tym stylu. Mam nadzieję, że w końcu w tym kraju prywatyzacja sięgnie firm w których przechowuje się politycznych beneficjentów w postaci nieudaczników i róznego typu - intelektualnych śmieci.

Jak zwykle ostatnio sporo działo się. I jak zwykle nie odtworzę chronologicznie pewnych sytuacji, bo pewne obrazy nakładaja się na siebie, inne uciekają, a jeszcze inne zahaczaja o "top secret my soul" i stąd muszą być odłozone ad acta. W każdym razie znów spotkalismy się z Prezesem. I jak sam stwierdził "nasze spotkania przechodzą do historii".Obgadaliśmy obchody wybuchu wojny z udziałem Putina i przedyskutowaliśmy zagadnienia rosyjskie. Mnie jak zwykle razi pewne ukierunkowywanie opinii politycznej antyrosyjsko. W końcu nasi sojusznicy - Francja i Wlk. Brytania w 1939 zachowały się cynicznie i jakoś za nic nie przepraszały. Skoro czyścimy historię, to czyśćmy ją wielokierunkowo. W każdym razie Prezes jako znający mentalność Rosjan, specyfikę rosyjskiego biznesu etc. stwierdził, że ze wschodnim sąsiadem należy twardo zagrywać. Może i w tym coś jest. W końcu sam TZ kiedyś stwierdził, że Rosjii kręgosłup przetrąciła niewola tatarska. Być może coś zostało wszczepione, jakieś poszanowanie do siły, a do słabeusza - okrucieństwo. Któż to teraz rozstrzygnie. Grunt, że dobrze zabrzmiały słowa naszego gospodarza, gdy próbowaliśmy jego 16letniej nalewki - już nie zbiorniki będę budował, a będziemy budować elektrownie. Ważne by były plany i wizja, wtedy wszystko inne jest łatwiejsze. Bo o to jest cel i w niejako naturalny sposób wykształca się potencjał i ciąg na cel.

W czwartek razem z K. w towarzystwie A. wybralismy się na pewną imprezę w stołecznym Radissonie. Sam hotel w pewien sposób przypominał mi ateński Divani Caravel, ale pod wieloma względami mu ustępował. Dośc uważnie wysłuchałem wszystkich prezentacji, poobserwowałem itd. Oprócz załatwienia tego i owego doszła kolejna wartość dodana - jak inne firmy załatwiają pewne sprawy, jakie popełniają błędy a co rozgrywają dobrze.

Kilka dni temu pograliśmy z chłopakami w kręgle. Tym razem bezkonkurencyjny był R. Co rzut, to albo spare, albo strike. Mankamentem była niedziałająca klimatyzacja, co mnie cholernie wkurzyło. Nie po to płaci się w końcu niemałe pieniądze za grę by grać podduszonym. Podobno to jakaś awaria wyjątkowa była, ale koleś który pobiera kesz i wydaje buty itd powinien o tym powiedzieć. Na drugi raz będę mądrzejszy, pytając czy: a) działa klima b) tory są sprawne. Bo na dodatek okazalo się, że najpierw na jednym torze coś się tam zacięło, tak że ostatecznie wystartowalismy ze znacznym opóźnieniem.

Uaktywniło się dwóch moich dyplomantów. Takich mocno opóźnionych czasowo z racji lenistwa i skromnej bazy intelektualnej. Jeden przekazał mi materiał. Od biedy uznałem, że moznaby wstawić 3kę i go dopuścić do obrony, ale profesor uznał, że praca zawiera zbyt wiele merytorycznych wad. W zasadzie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale gdy zasięgnąłem od dyplomantów informacji okazało się, że jeden pracuje na stanowiska inżyniera, a drugi młodszego inżyniera. Obaj w firmach, które nie wypadły sroce spod ogona. Kto wykazał tyle odwagi, by takowych zatrudnić bez "papieru" potwierdzającego kwalifikacje? To jest dla mnie zagadką. Tak jak jest zagadką, że jeden z drugim pracują w delegacji przy dość poważnych sprawach.Gwoździem programu było przybycie trzeciego dyplomanta, który teoretycznie miał skończyć studia 1.5 roku temu. Ten nawet nie wiedział jaki jest cel pracy a przyniósł jakieś wypociny. I oczywiście pracuje na stanowisku inżyniera w pewnej znanej firmie. A jakże! Może to ja zrobiłem się jakiś krytyczny. Jednak nie, bo kilka razy udało mi się z mroku nauki polskiej wyciagnąc i oszlifować diamencik. Szkopuł w tym, że z pustaka żużlowego kamienia szlachetnego się nie wydobędzie. Wczoraj pojawiłem się na egzaminie. Zjawilo się 15 osób, 7 zdało. I to nastraja optymistycznie. Co prawda zadania powtórzyłem z terminu czerwcowego, ale to wynikowi ujmy nie przynosi, bo miewałem zawodników co i z 4krotnym powtórzeniem zadań nie dawali rady. Widocznie magiczne słowo "kryzys" smagnęło niektórych niczym bat do nauki. I dobrze, wyraźnie poszerzą swe horyzonty myslowe i pobudzą myślenie abstrakcyjne. A jak stwierdził cytowany tu już 2 lata temu Kant: "wielu jest nieszczęśliwych bo nie potrafi abstrakcyjnie myśleć" :-)

22:13, ernest_pinch
Link Komentarze (6) »
niedziela, 30 sierpnia 2009

Mam teraz krótszy lont. Ten emocjonalny lont (coby sobie ktoś nie pomyślał, że jestem gościem który poddał się operacji pewnego organu i w taki zawoalowany sposób dzieli się "nowiną"). ;-) Straciłem kilka dni z życiorysu, ale na szczęście nie tygodni. Za dużo nieproszonych osób interesowało się moim życiem, a jeszcze dodatkowo rózne podejrzane persona kręcą się tu i ówdzie. Zadziwia ludzka skłonność do życia w swych urojeniach. Niczym w znanej fraszce:

"Jan śnił że jechał wozem i z Agnieszką broił, budzi się... wozu nie ma, tylko dyszel stoi..."

Dobranoc panom, a paniom niebolącej głowy życzy Ernest zmykający do alkowy :D

22:40, ernest_pinch
Link Komentarze (4) »
środa, 26 sierpnia 2009

Ostatnie moje notki zdominowała pewna sprawa, ale szkoda więcej tu pisać w kółko o tym samym. Jestem przygotowany, na dodatek prowadzę obserwację domu Rodziców gdyby nieproszone towarzystwo próbowało się pojawić i tam nachodząc i sącząc swój jad. Dziś byłem u Rodziców i jest mi trochę wstyd wobec Mamy, bo puściły mi nerwy i nazwałem pewne osoby dosadnie w krótkich żołnierskich słowach. I obiecałem sobie, że już żadne takie (nazwę delikatnie) fornalstwo nie będzie im kalało uszu. Sprawa jest jak wczoraj pisałem klarowna.

A teraz o czym innym, o sprawach normalnych, o ludziach normalnych, zyciowych, których papiery są czyste. Wczoraj zadzwonił N. i z miejsca oświadczył, że uważając mnie za "eksperta samochodowego" oczekuje rady. Zdumiało mnie to, bo ze mnie taki ekspert jak z koziej ... drzwiczki, ale niech tam. Oto facet chce kupić swej żonie mercedesa A i  mi mówi: bo wiesz, słyszałem że to dziwne samochody. Ło matko... a wiesz co ludzie mówią? wiesz co o mnie mówią? weź poprawkę na ludzi, na ich opinie. Gadać będą zawsze, najczęściej nie mając o tym pojęcia. Ostatecznie ustaliliśmy konieczność spotkania i porozmawiania w zacisznej knajpce, tudzież pogrania w kręgle. Ostatnio zresztą zaniedbałem się w kręgle, w które już grywałem regularnie. Więc w odwodzie do gry jest moja Kobieta, która mnie ostatnio ograła tak, że wstyd. Po raz pierwszy moja średnia wynosiła ledwo powyżej 100 pkt. A to już nędza! :) Ostatnio też dość porządnie ograł mnie Tata. A jeszcze ostatnio grywam w towarzystwie Krzysztofa, Roberta i Marcysia. Marcyś niedawno zresztą odstawił swego rodzaju "numer". Rzekł: ciekawe jak puszczę dwie kule naraz.... I jak pomyślał- tak zrobił. Jedna z kul wylądowała w rynience. A Marcyś to gladiator - 2 metry wzrostu, 130 kg nabitych mięśni. Kolo z kręgielni przybiegł zaraz i zamiast do Marcysia, rzekł do mnie: proszę uważać. Faktycznie,  kozaka żeby zwrócić uwagę Marcysiowi to nie ma. Pamiętam jak we Wrzeszczu w Gdańsku szliśmy o środku nocy wracając z Sopotu. Po bramach czaiły się jakieś "nocne pająki", ale żadne nie śmiało chociaż zaskamleć "dej na piwo" czy coś w tym stylu. Pięść Marcysia, to strzał konia z kopyta. Stąd dwie kule 15ki w jego dłoniach wyglądają jak bile bilardowe, a sześciopak z browarem ja kostka Rubika ;-) No dobra, więc kręgle kręglami, a dziś wybrałem się z K. do pewnego urzędu. Była tam pewna kolejka, co mnie liberała zawsze irytuje, ale cierpliwie czekałem. Gdy weszliśmy - okazało się, że pani kierownik urzędu jest trochę "dziwna". A to mówi jakby niedorzecznie, opowiada jakieś "smaczki" z pracy i co chwila podkreśla o "przyjazności" urzędu dla klientów. W pewnym momencie pomyślałem: cholera jasna, czy to mi się śni, czy tu pracują jakieś "dziwolągi". Kobieta bredzila w najlepsze, a ochraniarz urzędniczy zaglądał co jakiś czas dogadując miłe słówka. K. rzekła do mnie, że od kobitki czuć alkohol. Kobitka po chwili zaczęła prawić superlatywy o swych pracownicach, jakie są cudowne, jakie to anioły, a największy anioł to dziś został babcią. No i sprawa się wyjaśniła! Panie sobie po prostu popiły! Hahahaha Ochraniarz-starszy przyjemny pan najbardziej przytomny zaglądał dlatego by  kontrolować czy ktoś się nie kapnie w sytuacji. W pewnym momencie pani wyznała: proszę pana, ja poczekam po pracy kiedy będzie tylko panu pasowało, bo my jesteśmy przyjaznym urzędem. Noooo, na taki "dar" już nie mogłem sobie pozwolić! Dodatkowo kobieta miała naklejony na ramieniu plaster antykoncepcyjny. To wyglądało już niesmacznie. Urzędnik, kierownik a się z tym obnosi. A może o to chodzi, że można bezpiecznie. Babka przynajmniej nie ma syndromu "niedobolcowania" jaki to miewają niektóre znane mi osoby, które zresztą sex nazywają, cytat "pierd..niem". Bleeeeeeee, rzygać się chce...

I gdy wracaliśmy z K. zauważyłem na drodze pewien samochód na bydgoskich blachach, obok kierowcy siedziała kobieta, która trzymała przy oczach lornetkę. Trzymała ją nawet gdy jechali 2 metry za śmierdzącą ciężarówką.  Widocznie postanowiła zobaczyć więcej.... Albowiem jak mówią: gdy mędrzec wskazuje Księżyc - idiota widzi tylko palec....

18:33, ernest_pinch
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 sierpnia 2009

Oto tutaj Lista Komentarzy wypowiedzialo sie grono niezaleznych Obserwatorow. W sumie niepotrzebnie osoby racjonalne czytaja o takim ... na blogu.

Moj plan dzialania juz jest wyklarowany. Zebralem tyle informacji ze jeszcze mnie nerwy noszą, tak jak noszą moich Znajomych. Ciekawe są rady osob, ktore nie czytaja mego bloga: wez moich chłopaków do ochrony, opowiedz ludziom z ktorymi ta osoba pracuje o jej wyczynach. Ochronic potrafię się sam a moje działania będą adekwatne do działań tej osoby, która robiła plotki, ploteczki na swym terenie pod maską pseudożyczliwości. I teraz czekam. Czekam na to, ze ktos ma na tyle jaj i odwagi, by nie nękać swym skamlaniem innych i zeby spotkac sie ze mną. Przyjdź. Ja jestem gotów.

17:32, ernest_pinch
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Moja mama dowiedziała się, że wychowała łajdaka u którego wiszą wiechcie w oknach, jej wnuk to ch...j z nieprawego łoża, którego należy zapierd..ić rzutem kamieniem. To są słowa tyczące mnie i dwuletniego małego Dziecka. To w skrócie jeden ułamek jadu wylanego przez "bohaterkę" dnia wczorajszego. Bohaterkę zza pleców, która bezczelnie, prostacko, chamsko myślała że jej zachowanie będzie uchodziło płazem. Nie tym razem ... Moja osoba zawadzała ci jędzo od momentu gdy byłem dzieckiem i zapewne nie pamiętasz jak w popłochu kasowałaś pewną taśmę, na której zawarłaś dowód swego chamstwa. Wielokrotnie obrabiałaś d..ę innym, którzy zniesmaczeni tolerowali twe "wyskoki". Gdy dziś opowiedziałem o tym w pracy, werdykt brzmiał: ta osoba ma schizofrenię. Mniejsza o to. Ja do działania jestem już gotów.

Odpuściłem dziś wyjazd do Estonii i Finlandii. Żałuję troche, bo miałem sprawić tym niespodziankę Córce, ale trudno. Jeszcze jedna pozycja do bilansu "kosztów" tej .....  Skontaktowałem się z prawnikami kancelarii panów L.  Sprawa jest prosta jak drut. A ponieważ pogróżek odnośnie życia bagatelizował nie będę, przyszła i kolej na pozwolenie na broń.

Dopisek: i jeszcze jedno. Nie będziesz kobiecinko ruszała poza plecami mojej Partnerki i bredziła o poderżnięciu gardeł przez B.

15:28, ernest_pinch
Link Komentarze (12) »
niedziela, 23 sierpnia 2009

Dzisiejsza data jest ważna i z pewnością zapamiętam ją do końca życia. Bez względu na to ile mi tego życia zostało. Gdy ktoś nie ma odwagi cywilnej by stanąć twarzą prosto do mnie, a za plecami sieje prymitywnym jadem do Osób mi bliskich, spotka się z moją "odpowiedzią" chociażbym miał stracić zdrowie, czas, pieniądze. Ja sobie bym poradził, ale nie będziesz osobo ze słomą w butach, osobo prymitywna, chytrusie goniący za każdym śmierdzącym groszem,  hipokrytyczna pseudokatoliczko od siedmiu boleści tykała moich Bliskich. Nie będziesz stetryczala istotko dowartościowywała się moim kosztem. Dość. Ta notka jest stosunkowo łagodna po tym czego dziś byłem świadkiem, ale nie wypada pisać o tym co czuję.

Ps. Życzliwych i uważnych Czytelników przepraszam za ton tej notki, ale trzeba tak było. Za jakiś czas opiszę wszystko, włącznie z personaliami. Warto by szerszy krąg ludzi z mego grajdołka dowiedział się o tym i owym. Komentarze do tej notki wstrzymałem. Bo to tylko moja i wyłączna sprawa.

19:31, ernest_pinch
Link
sobota, 08 sierpnia 2009

Trwa sezon wakacyjny i na pewnym forum motoryzacyjnym wyczytałem jak to sie ludzie żalą na pobyt nad polskim wybrzeżem. Bo to i smród smażalni, potworkowata zabudowa, a lokalsi pazerni na kesz. Nihil novi. Kilka lat transformacji ustrojowej swoje zrobiło - z jednej strony ludziska powoli się cywilizują, z drugiej droga na skróty prowadzi do deformacji. A że Polacy kulturą nie grzeszą - powstał jakiś socjologiczny mix pseudobiznesu, sposobu bycia, pojmowania rzeczywistości. Dodając do tego wady narodowe zakorzenione od stuleci, posmakowanie mixu nie jest ucztą, a raczej smutną konstatacją, że słowa Słowackiego "pawiem narodów byłaś i papugą" mają swój logiczny ciąg umiejscowiony teraz w innym czasie i innych "warunkach brzegowych". 
Ostatni czas spędziłem dość aktywnie- odświeżyłem sobie wygląd dwóch skansenów (w Sierpcu i w Kłóbce), a także inne pomniejsze obiekty warte pokazania. Bywałem tam wielokrotnie. I przy okazji takich wizyt zauważam, jak biegnie czas, zmieniają się myśli, odczucia, a miejsca trwają. Czlowiek, ludzie przemijają, wpisani w jakiś cykl życia. Prochem jesteś i w proch się obrócisz. Padają imperia, twierdze, ludzkie istnienia, a tylko ten proch na Ziemii przesypuje się z jednego miejsca na drugie ziemskiej skorupy.
No i dobra nasza. Ostatnio uaktywnił się Prezes, i w jego posesji nad stawem spędziliśmy sympatyczny wieczór. Krzysztof pobawił się nawet w łowienie ryb, ale przy tak zarybionym stawie - co zarzucił wędkę to rybka brała. A że rybka lubi pływać... :D
Ostatnie dwa dni to akcenty wodne. Odkąd na moim osiedlu zamknięto basen, dotkliwie odczuwam brak pływania. Dlatego np pobyt w Turcji wykorzystałem na maxa urzędując w basenie. Więc przed wczoraj pojechaliśmy do aquaparku w Łodzi. Całkiem sympatyczne miejsce, chociaż z racji oblężenia przez różnej maści tłuste mamusie z równie tłustym przychówkiem i zakochane parki (pryszczaty koleś w objęciach z rozmytą w oczach pannicą) średnio nadające się do zrobienia kilku rundek grzbietem bądź klasyczną żabką. Ale już nie koloryzując stwierdzam, że można w zupełności się zrelaksować. Zaliczyłem też zjazd w rurze, a pozwoliwszy sobie nabrać prędkości dokonałem obrotu o 360 stopni względem osi rury. Mimo wszystko odcinek pod górkę i wyhamowanie powoduje spokojne lądowanie na tyłku. ;-) 
Wczoraj zaś przyszła kolej ma Mszczonów. Z ilością powierzchni basenowej nieporównywalnie słabiej niż w Łodzi, ale za to bardzo duży teren trawiasty wokół z mozliwością biwakowania, biegania po trawie, lepienia piaskowych bab w piaskownicy, bądź gry w siatkówkę. Tu udało mi się godzinę popływać i zaliczyć ok 10 zjazdów z rynny. Co ciekawe, zauważyłem, że wytatuowane "byczki" z podgolonymi głowami podczas zjazdu rynną zatykają palcami swoje noski. "Delikutaśne" biedactwa ;-) Gdyby jeszcze tak teren wokół odgrodzić tujami, nie byłoby widać sznura tirów przy pobliskim rondzie. Chociaż to może też ma swój urok. Człowiek zjeżdża na tyłku rynną, a kilkadziesiąt metrów dalej wre praca... A wszak Polakom nic tak nie poprawia nastroju jak wyraźny kontrast. Oto ja mam lepiej, a ten, tamten gorzej... Lecz na proch na skorupie ziemskiej wpływu to nijakiego nie ma. ;)

21:10, ernest_pinch
Link Komentarze (4) »
środa, 22 lipca 2009

Kilka dni temu formalnie pchneliśmy wniosek na opracowanie konstrukcji pompy do ciekłego metalu. Teraz gdy już wniosek nabiera mocy gdzieś dalej, nic nie zależy od nas. W tym momencie czuję, że moja głowa jest lżejsza. Nie było to łatwe pisanie. Różne sprawy zadecydowały o tym, że mój wkład postepował opornie. Ale czuję wewnętrzną dumę, że przy różnych pietrzących się trudnościach sprawy posuwały się naprzód. Sprawę troche komplikuje fakt, że jest to pierwszy nas wniosek puszczony przez prywatną firmę, a nie przez uczelnię. Tu jest pies pogrzebany bo w Polsce nadal "prywatna" inicjatywa jest traktowana z większym rygorem. Gdyby kwity poszły przez uczelnię, w zasadzie podpis JM Rektora załatwia całą sprawę. W przypadku firmy prywatnej jest potrzebnych 7 załącznikow - od wyciągu z KRS'u poprzez kwity stwierdzające o niezaleganiu z płatnościami pańszczyzny na rzecz państwa, aż do umowy przedwstępnej. Lepsza jednak ta mordęga i ryzyko "uwalenia" wniosku niż kierowanie strumienia forsy na ludzi, którzy nie widzą potrzeby rozwoju, a wygrane konkursy traktują jak dopust Boży. A i tak na oficjalnych uroczystościach później człowiek widzi jak te osoby: "rąsia, buźka, klapa, goździk". Dlatego jedno jest pewne, nie uszczęśliwiać ludzi na siłe - "nie miła księdzu ofiara? chodź cielę do obory...". I nawet Profesor, Arcymistrz Projektow (w dalszej części nazywany AP) w skali UE rzekł ileś dni temu: panowie, zakładajcie firmę, szkoda waszych wysiłków tutaj... AP to przykład totalnego naukowca i inżyniera. Praca w przemyśle, w środowisku naukowym, za granicą i w Polsce. Do dziś żadnej wtopy i tzw. szacun wśród partnerów zachodnich (zawiść polskich). No więc tak, poslodziłem sobie, jaki to jestem cool gość i o czym to ja chciałem dalej pisać. A, wiem. Formalnie rozpocząłem urlop, hehe. Mocno zaległy urlop. Do września jeśli chodzi o moje zobowiązania dydaktyczne mam spokój, na studiach dziennych nie mam żadnych maruderów, a na zaocznych egzamin zdało 30%. Biorąc pod uwagę, że tradycyjnie, zadania "byłyżeprawiezćwiczeń" taki wynik należy uznać za tragedię polskiego systemu nauczania. Jeżeli delikwent nie potrafi rozwiązać prostego równania, to o czym tu mówić. Było kilka ocen 5.0, co świadczy że jak się chce to mozna. Problem jest tego typu, że nawet jak niektórym się chce, to baza wiedzy nabytej w szkole średniej jest nijaka. "Ich uczyć nie kazano, wstąpiłem na działo..." Innymi słowy: nie oczekuj że gość będzie znał tabliczke mnożenia w zakresie do 100, bo na maturze starczyło jak znał do 20, a nierzadko kończąc Towarzysko Społeczne Liceum dla Ociężałych Umysłowo poprzeczę zawieszano na 10. 
Udało mi się (jak to brzmi) wypromować jednego inżyniera. Mam jeszcze 5 zaległych, z których szacuje, że 2 rokuje nadzieję na obrone we wrześniu.Unikam dyplomów jak mogę, bo to betonowe skarpety w mej działaności, ale nie da się... Z tym, że ja już nie będę motywował ludzi. Nie mają ciągu na zamknięcie studiów - ich sprawa. Dość poświecania prywatnego czasu i środków na pyrrusowe działania. Teraz przechodzę na zasady "regulaminowe" w stosunku do obiboków. I skoro AP grzmi "to jest dyplom PW i nie można pobłażać" to będę stosował tą zasadę.Gdy ja byłem na 3 roku studiów pewien koleś zaczął coś tam polemizować z pewnym prowadzącym zajęcia. Dr J. stwierdził wtedy: "prosze pana, przecież pan nie musi kończyć studiów, przecież przemysł sie o pana nie upomina". :D 
Zaprowadziłem dziś samochód na przegląd i jak zwykle nie obyło się bez niespodzianek. Ale za długoby o tym pisać. To już 3ci samochód, którym osiągnałem 120 tyś km. Z tej okazji nadam sobie tytuł "kierowca totalny" - ilość przejechanych km i środków finansowych pochłoniętych na "maintenance, update and support" upoważnia mnie do tego ;)

Ps. Gdy pojechałem za drugim razem do serwisu "na poprawkę", blisko godzinę  czekałem z 2letnim "Rzesiem".  Rzesio początkowo biegał i tańczył, czym zainteresował jedną z pracownic, która rzekła: "może zostaniesz z nami? jakie on ma ładne oczy.." Gdyby Rzesio umial mówić, ciekawe jakby "zabajerzył' panience :D

20:29, ernest_pinch
Link Komentarze (5) »
piątek, 17 lipca 2009

Skorzystałem dziś z "automatycznego" parkingu. Ponieważ było duszno, gorąco nie zauważyłem że automat przyjmuje monety i sądziłem, że tylko bilon. Zły na swoją niefrasobliwość i gamoniowatość sięgnąłem po 100 zł, które noszę na "czarną godzinę", niczym koło zapasowe w samochodzie dla osoby przebijajacej oponę, niczym gumę, dla spragnionego sexu "włóczykija" :D Automat "wessał wsobnie" banknot, że się tak wyrażę, po czym "wypluł" z siebie monety 5 i 2 złotowe.... trach trach dudniły "piniędze". Zostałem z dwoma garściami monet, w otoczeniu pełnym wilgotnego powietrza o wysokiej temperaturze. Wkurzenia na samego siebie nie osłodził nawet widok dwóch rosyjskojęzycznych dżentelmenów patrzących z wyrazem "ot maładiec, razbił banku". Albowiem nie można dać się podejść :)

Moje moralne po południu odbudował zachwyt pewnego "jusera" MAC'a, wywołany na temat mego dell'a precisiona ;-)

16:56, ernest_pinch
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
statystyka


MusicPlaylist